Łąka wydaje się taka bezkresna, niczym niekończące się pastwisko - dzikie i zaniedbane. W porównaniu z nią wyglądam pewnie jak mikroskopijnych rozmiarów nic nie znacząca mrówka. Lecz obok znajduje się mój przyjaciel, dlatego wiem że jestem bezpieczna. Dzisiejsze niebo całe upstrzone jest w barwie ostrej pomarańczy. Za kilka chwil, kiedy słońce zejdzie jeszcze niżej, wokół niego pojawi się fioletowo-różowa otoczka zwiastująca koniec dnia. Pobędzie tam przez chwilę, a następnie zaleje cały nieboskłon niczym wielka fala. Tak barwne kolory pojawiają się na niebie tylko raz na dwadzieścia dziewięć dni, dlatego co miesiąc przychodzę tu specjalnie aby je oglądać, bo wiem, że z tego miejsca widać je najlepiej. Jest to dla mnie wyjątkowy dzień.
- Powinniśmy już wracać Katniss, zaraz zrobi się ciemno. - Gale przywraca mnie do rzeczywistości.
Patrzę tęsknym wzrokiem na zarys Starej Wierzby.
Jest to jedyne drzewo rosnące na samym środku tego przepastnego pustkowia. Od zawsze miałam jakieś udziwnione przeczucie, którego poparcie jakimiś naukowymi dowodami jest zapewne dość wątpliwe, że w bardzo dalekiej przeszłości, kiedy Panem nie gościło jeszcze na mapach naszego świata, Ameryki nie ogarnęła wojna domowa, zgliszcza nie pokrywały Nowego Świata, a społeczeństwo nie było zrujnowane... Wydawało mi się... że w tej odległej od naszej niekwestionowanie rozwiniętej współczesności stacjonowały tu jakieś niecywilizowane ludy... Oczami wyobraźni widzę, jak puste suche kłosa się podnoszą na dźwięk ich fletnich pan, dym z ceremonialnych ognisk niesie się aż za wał ostrej palisady, a matki z dziećmi biegają wokół ziemianek zlęknione czegoś, co dla nikogo niewiadome. Za chwilę wszyscy gromadzą się wokół tego wiekowego drzewa i składają swoje modlitwy, które miałyby zapewnić dobrobyt. Egzotyczne melodie sprawiają, że drzewo-bóstwo powiewa. Wznoszą się okrzyki. Ktoś z tyłu karze małe dziecko biczem za dotknięcie jego świętych konarów. Nikt inny nie ośmiela się podejść bliżej... a drzewo-bóstwo obserwuje. Obserwuje swoim niewidzialnym organicznym okiem. Zsyła na zmianę deszcz, śnieg, grad. Drzewo-bóstwo lubi być podziwiane, a więc kwitnie, by można je było podziwiać z jeszcze większym zachwytem. Drzewo-bóstwo karze i nagradza. Przynosi wiosnę i zimę. Dzień i noc. Słońce i mrok. A ludzie oczekują... Wydaje się, że to miejsce żyje tylko dzięki niemu.
Gdyby wszystkie mitologie świata okazały się być prawdą, to nie wiem na jak niskie poziomy Yggdrasil'u musieli by upaść ci wszyscy zepsuci sztucznością afektowani mieszkańcy i urzędnicy Kapitolu oraz organizatorzy igrzysk. Gdyby wszystkie mitologie świata okazały się być prawdą, to prezydent Snow byłby na tym najgłębszym i najniższym spośród wszystkich dziewięciu.
Zabrzmi to trochę kuriozalnie, ale te nieświadome niczego pierwotne ludy żyjące parę tysięcy lat przed nami, zamieszkujące niegdyś nasze tereny, różniły się tak naprawdę niewiele od nas - ludzi mieszkających w dystryktach. Tak samo polujemy, tak samo walczymy o chleb i podobnie prowadzimy rzemiosło. Tak samo czegoś się lękamy, jak te zafrasowane matki z dziećmi biegające wokół ziemianek, i uciekamy... lecz nie przed zwierzyną z futrem i ostrymi kłami i nie przed niebezpieczeństwami żywego lasu... lecz przed zwierzyną z fikuśnymi kostiumami i przed nieznaną nam sztuczną dziczą z mechanicznymi śmiercionośnymi zabawkami.
Nagle coś wyrwało mnie od przemyśleń (trochę zbyt poważnych jak na dziecko mojego wieku) przypominając mi, że obok wciąż przypatruje się mojej osobie zadumany przyjaciel.
- Dobrze Gale. - przytakuję tylko.
I biegniemy. Żółtawe kłosy uschniętego zboża raz za razem uderzają nas w maleńkie twarze, a porywisty wiatr plącze nasze niesforne włosy. Serce zaczyna łomotać mi w piersi, nie wiem tylko czy z wysiłku fizycznego czy ze strachu. Wiele ryzykujemy wychodząc poza granice dystryktu.
Odwracam się. Stara Wierzba pozostaje daleko, ciemna i niewyraźna dla mojego oka.
- Szybciej. - ponagla mnie chłopiec.
Zamykam oczy chroniąc je przed uderzeniami trawiastych chwastów i biegnę. Docieramy do kolczastej siatki i dokładnie zauważam miejsce, gdzie kiedyś wykopaliśmy głęboki dołek, by móc przedostać się na drugą stronę. Krajobraz po drugiej stronie jest kompletnie inny. Wzdłuż drucianego ogrodzenia biegnie droga lekko wyrobiona przez czasem przejeżdżające tędy samochody. Z kolei wzdłuż niej rosną wysokie krzewy, a jeszcze dalej widać ogromne połacie lasu na tle niskich pagórków, które coraz bardziej zaostrzają swe szczyty, gdy zapuści się w nie coraz dalej.
Gale przykuca, lekko zbliża głowę do siatki i nasłuchuje brzęczenia. Pozwala mi przejść dopiero wtedy, gdy nie udaje mu się wychwycić żadnego dźwięku. Czołgam się i po chwili znajduję się już po drugiej stronie. Mój przyjaciel również przechodzi i pojawia się tuż za mną.
Ruszamy dalej. Mijamy jagodowy szlak i truskawkowe pola. Jest środek lata, a o tej porze roku zapach owoców jest najbardziej charakterystyczny. Skaczemy nad przewróconym cisem, który zagradza nam drogę i docieramy do Zniszczonej Stodoły. W tym miejscu drzewa powoli zaczynają się rozrzedzać, a ku naszym oczom ukazuje się kilka skromnych domów. Zatrzymuję się, opieram dłonie o kolana i próbuję złapać oddech. Po chwili dogania mnie Gale, a kiedy znajduje się bliżej, łapie mnie i lekko łaskocze.
- Wcale się nie zmęczyłeś. - śmieję się. Mój śmiech jest piskliwy i dziecięcy.
- Przy tobie nie da się zmęczyć. - uśmiecha się, a ja szturcham go w bok.
Nagle przybiera poważną minę.
- Nie śmiej się przez chwilę.
Przewracam głowę w bok zdezorientowana.
- Ciii. - przykłada palec do ust i patrzy mi w oczy. - Słyszysz?
- Nie. - odpowiadam.
Niedawno udało mi się zauważyć, że Gale ma bardziej wrażliwy słuch w porównaniu do innych. Kiedy polujemy razem jest to wtedy bardzo przydatne, lecz teraz napawa mnie strachem. Chcę, żeby przestał być już taki tajemniczy. Nie lubię kiedy taki jest. Boję się.
- Zostań tutaj, zaraz przyjdę. - rzuca szybko, po czym idzie w kierunku... Zniszczonej Stodoły. Kiedy znika przy wejściu, przechodzi mnie dreszcz.
Dlaczego on zawsze jest taki nieustraszony? W pewnym sensie to podziwiam, ale teraz mi się to nie podoba. Nie podoba mi się to, że zostawił mnie tu samą. Podchodzę bliżej i patrzę na rozpadającą się drewnianą strzechę. Ciekawość bierze górę i wchodzę do środka.
Jest tak ciemno, że prawie nic nie widzę.
- Gale? - szepczę.
Idę przed siebie i przez przypadek wpadam na jakiś słup. Zaskoczona wydaję z siebie okrzyk. Nie mija sekunda, a mój przyjaciel zjawia się przy mnie.
- Nic ci nie jest? Mówiłem żebyś zaczekała. - bierze mnie za rękę. - Chodź, pokażę ci coś, tylko się nie przestrasz.
Idziemy razem cały czas, dopóki nie napotykamy się na ścianę przy końcu korytarzyka. Gale wyjmuje z kieszeni zapałkę, bierze leżący obok kawałek drewna i zapala go tworząc pochodnię. Wtedy wszystko zaczynam wyraźnie dostrzegać, a to co przed sobą widzę zapiera mi dech w piersiach.
Przede mną na stogu siana leży chłopiec, być może w naszym wieku. Włosy luźno opadają mu na czoło. Muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie widziałam kogoś o tak nieskazitelnych rysach. Jego twarz jest prawie idealna, nie licząc małej strużki krwi cieknącej mu ze skroni. Chyba ma bardzo głęboki sen, bo nawet nie drgnął, kiedy weszliśmy do jego cichej kryjówki.
- To właśnie słyszałeś? - pytam.
- To było bardziej instynktowne. - odpowiada.
- Uważaj, bo niedługo zamienisz się w zwierzaka, Gale.
Śmiejemy się przez chwilę, a zaraz potem szybko się opanowujemy.
- Trzeba mu pomóc. - oświadczam.
Gale potwierdza skinieniem głowy.
- Tylko jak?
*
Otworzyłam lekko oczy mając jeszcze w głowie strzępki świeżego snu, a raczej... jakiegoś odległego wspomnienia. Pierwsze, co zrobiłam od razu po przebudzeniu to sprawdzenie godziny. Punkt dziewiętnasta, mam godzinę. Szybko pobiegłam na górę, wzięłam prysznic i włożyłam na siebie wygodne ubranie. Wychodząc z łazienki napotkałam wzrok Jessa, który nagle pojawił się przed drzwiami.
- W tym nie pójdziesz, przebierz się. - rzucił mi szary, trochę przetarty i za duży na mnie kombinezon.
- Gdzie ty byłeś?
- Cię obchodzi. - prychnął. - No już, przebieraj się, mamy mało czasu.
Zmrużyłam oczy i patrzyłam na niego przez kilka sekund, po czym zamknęłam drzwi i po pięciu minutach wyszłam gotowa.
Po chwili biegliśmy już po trawie znajdując się jeszcze na terenie monstrualnej posiadłości Rockwoodów. Była to dobra chwila na zastanowienie się nad tym wszystkim... Nad dzisiejszą sytuacją z przypadkowym odkryciem dziwnego pola siłowego otaczającego działkę oraz nad tym chorym przeczuciem, że ten gburowaty szatyn jest mi skądś znany... tylko nie wiem skąd. Nagle zauważyłam, że Jess biegnie w przeciwnym kierunku wielkiej bramy, którą wcześniej weszłam. Posłusznie podążyłam za nim. Wielkie połacie starannie przyciętej trawy i kwiatów zmieniły się w owocowe drzewa rosnące rząd przy rzędzie. Muszę przyznać, że zadziwia mnie schludność tego miejsca. Jak na tak duży teren i tak małą ilość osób zdolną do zajmowania się nim, jest on bardzo dobrze wypielęgnowany i zadbany. Na końcu sadu znajdowała się skromna poprzybijana niedbale deskami drewniana furtka z wygrawerowanym sercem na środku. Przeszliśmy przez nią starając się zignorować straszne skrzypienie i poszliśmy przed siebie w głąb ciągnącego się świerkowego lasu.
- Mieszkacie w bardzo specyficznym miejscu. - przerwałam panującą ciszę.
- Dlaczego tak sądzisz? - spytał chłopak.
- Przed wielką bramą do waszego domu las złożony jest z samych drzew liściastych, w dodatku jest bardzo gęsty i towarzyszy mu tylko jedna główna droga. Natomiast po drugiej stronie tej furtki szlak idzie wzdłuż samych iglaków daleko rosnących od siebie.
- To co powiedziałaś nie było wcale odkrywcze, a twoja próba bycia spostrzegawczą również się nie powiodła. Nasze lasy są pierwszą rzeczą jaką rzucają się w oczy, gdy poznaje się to miejsce. - odpowiedział z nutą złośliwego tonu.
- Cóż, jednym rzucają się w oczy drzewa, a drugim tajemnicze niebieskie linie biegnące wzdłuż ziemi. - wykorzystałam okazję.
Jason stanął w miejscu i zamarł.
- Czy teraz moja próba bycia spostrzegawczą powiodła się? - odgryzłam się.
Nic nie powiedział, tylko stał cały czas w tym samym miejscu nie ruszając się, niczym skamielina. Po paru chwilach zaczął poruszać nerwowo nogami. Kilka centymetrów w prawo. Kilka centymetrów w lewo. Na zmianę.
- Skąd o tym wiesz...? - udało mi się dostrzec jego przestraszony wzrok patrzący na mnie spod gęstej grzywki.
- Przypadkiem dotknęłam jakiegoś kamienia kiedy się przewróciłam podczas biegu i nagle mi się pokazały.
Zrezygnowany usiadł na wilgotnej glebie. Kilka razy otarł lekko spoconą twarz dłonią i oparł czoło o rękę stawiając łokieć na kolanie. Nie zważając na czas podeszłam i przycupnęłam obok niego krzyżując nogi. Z nudów zaczęłam rysować palcem po piachu spontaniczne pozbawione logicznego sensu wzorki, czekałam cały czas aż pierwszy się do mnie odezwie.
- To co teraz usłyszysz jest strasznie tajne. Ściśle tajne. Nie możesz o tym nikomu powiedzieć, zrozumiałaś?
Przytaknęłam.
- Jeśli ktokolwiek się o tym dowie, będziemy tkwić po uszy w niebezpieczeństwie i beznadziei... A na razie staramy się doceniać zaufanie jakim darzy nas Kapitol. Czasem lepiej jest być z początku w sojuszu ze swoim arcywrogiem, niż od razu postawić na otwarte karty... nie sądzisz? - przekręcił szyję w moją stronę, żeby móc wyczytać coś z mojej twarzy. Jego zagadkowe spojrzenie przeniknęło przeze mnie i spenetrowało głąb mojej duszy. Patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczyma.
- Wiesz Katniss.. masz w sobie coś, co pozwala mi Tobie zaufać. Doceń to. Zwykle nikomu nic nie mówię, a ludzie tak na prawdę wcale mnie nie znają. Widzą tylko tę ekscentryczną stronę mej osoby, nigdy nie pragną wnikać w szczegóły... a może to ja im nie pozwalam? - zaśmiał się delikatnie.
Uderzyło we mnie coś przyjemnego. Nie wiem co to było, ale z pewnością zalicza się do kategorii tych pozytywnych emocji. Po raz pierwszy od czasu mojego przyjazdu tutaj nie czułam się już taka osamotniona. Może jednak nigdy wcześniej nie znałam Jasona, ani nie spotkałam go w mojej przeszłości, tylko moja wyobraźnia płatała mi cały czas figle. Moja podświadoma chęć znalezienia bliskości była silniejsza od rozumu. Mimo tego, że nie znam tego chłopaka, czuję, że może być dla mnie kimś bliskim.
- Moja rodzina konstruowała to monstrum z pokolenia na pokolenie... każdy wkład w pracę był niezbędny. - kontynuował - Nie będę Ci mówić ile czasu nam to zajęło bo i tak nie uwierzysz. Tak czy inaczej, nazwaliśmy to 'Project 99'. Jest to mechaniczna arena ćwiczebna i niewidoczna ufortyfikowana twierdza jednocześnie. Otoczyliśmy to cieniutką warstwą nadprzewodzącego drutu, który wypycha pole magnetyczne oraz zaaplikowaliśmy plazmę tworząc w ten sposób coś na kształt pola siłowego.
Nic nie powiedziałam, wydałam z siebie tylko zduszony okrzyk uznania.
- I wiesz jak to działa?
- Sam dobudowywałem wiele niedokończonych jeszcze mechanizmów, które miały być w projekcie areny i... wprowadziłem nieco ulepszeń na własną rękę.
Zamrugałam.
- Ku zadowoleniu bądź zgorszeniu pierwszych twórców. - dopowiedział Jason.
Przez moment ujęła mnie dość osobliwa refleksja. I chyba nagle zrozumiałam o co w tym wszystkim chodzi.
- Do czego ty się przygotowujesz, Jess?...
Chwila ciszy.
Nie wiem nawet czy musi odpowiadać... Spojrzał na mnie tylko swoim przenikliwym "lisim" wzrokiem i rzekł:
- Do powstania.
Nie musiał odpowiadać.
*
Wróciłam znów do pisania po dwóch latach (produktywnej i pracowitej) przerwy. Nie bijcie, nie gryźcie, nie zabijajcie.
Dużo czytelników się wykruszyło - wiem, trudno. Jeśli ktokolwiek to jeszcze czyta bądź zaczyna czytać - proszę o jakikolwiek znak od was ludzie bo na znaki od niebios już nie ma co liczyć. Może to być słowo, dwa słowa, znaczek, taćka, zwjezdoćka, cokolwiek (choć liczę na obszerniejsze). Pokażcie, że jesteście... o ile jesteście.
"Nie znam imienia tego co mnie opętało, nie mam sumienia i nie wiem czy cokolwiek we mnie tu przetrwa."
Talia
poniedziałek, 22 maja 2017
niedziela, 22 marca 2015
Rozdzial VI
Pierwsze co poczułam zaraz po przebudzeniu, to ciepło bijące od promieni, które teraz okalały moją drobną twarz. Łóżko na którym spałam było zrobione ze starego, trochę spróchniałego już drewna, które wydzielało specyficzny zapach. Muszę jednak przyznać, że pomimo swoich lat, było ono najwygodniejszą rzeczą, na której kiedykolwiek spałam. Pokój w którym się znajdowałam był skromny i niewielki, ale za to przytulny. Uzupełniało go kilka nieco pradziejowych szafek i regałów, które zdobiły liczne pamiątki rodzinne oraz fotografie.
Podniosłam się z łóżka i otworzyłam okno, gdyż zrobiło się trochę duszno. Wyjrzałam na zewnątrz i uderzyła we mnie fala przyjemnego chłodu. Od razu poczułam świeży zapach poranka.
- Pierwszy raz, gdy usiłowałem otworzyć to cholerne okno, rama okienna pociągnęła mnie za sobą i wpadłem prosto w żywopłot. Dziwię się, że stoisz tutaj jeszcze cała i zdrowa.
Na dźwięk głosu Jasona lekko podskoczyłam. Tymczasem on podszedł do mnie i również wychylił głowę poza framugę.
- Pamiętam, jak pierwszy raz tutaj przybyłem... - powiedział patrząc w stronę lasu. - Właściwie to i tak nie miałem wyboru.
Nie wiem czemu, ale przez chwilę miałam wrażenie, że w jego głosie usłyszałam coś znajomego. Zastanawia mnie jednak to, czy mieszkając tutaj z dala od cywilizacji są rzeczywiście lepsze warunki na życie. Brak kontroli, brak ciągłego podenerwowania i strachu. Nie trzeba martwić się o to, czy ktoś zauważy cię rano przechodzącą przez drucianą siatkę z martwą zwierzyną w torbie. Nie trzeba martwić się o to, czy dzisiaj zdołasz wykarmić rodzinę, czy będzie ona głodować przez kilka kolejnych dni. No i oczywiście nie musisz stresować się tym, czy to ciebie w tym roku wszyscy ludzie będą oglądać na wielkim ekranie, kiedy ty będziesz walczyć o przeżycie.
Jednak zdołało się dostrzec jakąś ponurą nutę, w tym co powiedział Jess. Ciekawa jestem jak on musiał sobie radzić i co się wydarzyło zanim dotarł do tego miejsca.
- Tak na dobrą sprawę, to większość z nas nie ma wyboru. Nikt nie może wpłynąć na to, co się aktualnie dzieje. - odpowiedziałam mu trochę niskim i sennym głosem.
Nasze ramiona lekko się zetknęły.
- No, pokrzepiająca to ty jednak nie jesteś. - spuścił głowę w dół. Włosy zakrywały mu twarz, jednak zdołałam zauważyć lekki uśmiech pod ich gęstą warstwą.
Nagle poczułam w brzuchu lekki skurcz, który zaalarmował mi, że już pora na posiłek.
- Tak zmieniając temat, co na śniadanie? - zapytałam. - Czuję smażony bekon i jajka.
- Na jedzenie trzeba zasłużyć.
Chłopak podniósł głowę i spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakby chciał przebadać mnie od każdej strony, nie pomijając przy tym żadnego szczegółu. Zmieszałam się trochę.
- Niby co mam zrobić? - spytałam nieco zbyt nonszalancko.
- Trzy okrążenia wokół ogrodzenia albo czterdzieści pompek. Wybieraj.
Zrozumiałam, że trening właśnie się zaczął. Nadal jednak nie widzę siebie w białym kombinezonie w jakimś obcym dystrykcie dyktującą twarde warunki z biczem w ręku. Marny byłby ze mnie Strażnik. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że niemal codziennie łamię zasady.
*
Nie wiedziałam, że ten teren jest taki wielki. Ta opłakana chata prezentowała się na nim niemal komicznie. Ciekawe po co im tyle ziemi. Może jednak coś ukrywają? Przebiegłam chyba jakieś trzy kilometry, do końca brakowało już niewiele. Na szczęście warunki z jakimi przyszło mi żyć wyrobiły we mnie dobrą kondycję, także nie miałam się czym martwić. Jeśli tak ma być codziennie to całkiem mi pasuje, chociaż boję się że ta mała rozgrzeweczka okaże się początkiem katorżniczej charówy od wschodu do zachodu słońca.
Nagle potknęłam się o jakiś wystający korzeń i upadłam na prawe kolano zdzierając spodnie razem ze skórą. Po kilku sekundach moją nogę zaczął przeszywać lekki ból, pociekło też trochę krwi plamiąc jedwabisty materiał. Co za ofiara...
Ostatnio takie upadki zaczynają zdarzać mi się coraz częściej. Może jest to wynikiem tego, że jestem trochę niewypoczęta. W końcu ostatnio dużo się działo.
W pewnym momencie moja ręka wyczuła jakiś zimny obiekt i nagle odczułam lekkie mrowienie na swojej dłoni. Machinalnie ją oderwałam, nieco zaskoczona.
- Cholera... co to było?
Spojrzałam szybko w dół i zaczęłam macać ziemię rękoma, próbując zlokalizować jego położenie. Znalazłam! Tajemniczy obiekt wyglądał jak niczym nie wyróżniający się zwykły pozorny kamień, jednak gdy się jemu bardziej przyjrzało, dało się zauważyć lekkie wgłębienie. Powoli i niepewnie położyłam tam swoją dłoń i znów poczułam dziwne mrowienie w palcach.
Nagle na kamieniu zaczęły pojawiać się dziwne turkusowe linie, które zaczęły rozprzestrzeniać się coraz bardziej, tworząc skomplikowaną sieć połączeń. Zobaczyłam przebłysk światła i jakaś siła popchnęła mnie kilka metrów dalej.
- Auu... - otarłam moją głowę. Po chwili podniosłam się i... o oniemiałam z wrażenia. Turkusowe linie teraz zaczęły pokrywać cały obszar na którym się znajdowałam, tworząc półkole o cienkiej warstwie, które wyglądało jak coś w rodzaju pola siłowego. Całe zjawisko zniknęło równie szybko jak się pojawiło. Najbardziej przerażał mnie fakt, że wyglądało ono dokładnie jak imitacja tego, które zawsze pokrywało arenę podczas głodowych igrzysk. Jess, co ty tutaj ukrywasz?
*
Wróciłam do chaty, a zapach bekonu był jeszcze bardziej nieznośny niż wcześniej. Chętnie bym się też czegoś napiła. Jednak w środku nie było nikogo. Podeszłam do stołu i zauważyłam talerz pełen kanapek, które po chwili pochłonęłam. Obok leżała mała karteczka. Sięgnęłam po nią i zaczęłam czytać tekst.
Kiedy będziesz to czytać, zapewne nikogo
nie będzie w domu. Musiałam wyjechać do
Kapitolu, mam tam do załatwienia kilka spraw,
nie wiem kiedy wrócę. Raven pewnie bawi się
w ogrodzie, dopilnuj żeby nic się jej nie stało
przez ten czas. Jeśli czegoś potrzebujesz,
masz Jasona. Pewnie gdzieś się włóczy,
ale nie martw się, prędzej czy później
Cię znajdzie.
Dzisiaj o dwudziestej masz się stawić
na arenie głównej. Będą tam wszyscy
nowi rekruci. Koniecznie załóż przepaskę,
żeby było wiadomo z którego Dystryktu
Cię przysłano.
W. Rockwood.
"W. Rockwood". Musiałbyć to podpis babci Jessa.
O dwudziestej mam się stawić na jakiejś arenie głównej... gdybym jeszcze wiedziała gdzie to jest. Spojrzałam na zegarek - zostało niecałe sześć godzin. Mam nadzieję, że reszta osób, która przyjechała na szkolenie mnie tam nie pozjada. Co prawda zawsze mogło być gorzej, zawsze to mogły być igrzyska. Z jednej strony cieszę się w duchu, że nie spotkał mnie gorszy los, ale z drugiej myśl o rodzinie znów powoduje ten nieprzyjemny ucisk w gardle. Ciekawa jestem, jak sobie beze mnie radzą.
Kiedy wstałam od stołu, znów rozbolało mnie kolano. Potrzebny będzie jakiś opatrunek. Szkoda tylko, że babcia nie napisała gdzie jest apteczka.
Nagle drzwi się otworzyły i do środka wszedł Jess. W jednym ręku trzymał nóż ubrudzony zeschniętą krwią, a w drugim kosz pełen soczystych poziomek. Cóż, ciekawe zestawienie, nie powiem że nie.
Miał na sobie jeansy i szarą koszulkę, a po jego szyi spływał pot. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie lekko zdezorientowani, gdy nagle jego wzrok spoczął na mojej nodze.
- Nawet się jeszcze dobrze trening nie zaczął, a ty już poległaś.
Poszedł do kuchni i wyciągnął pudełko z szafki nad kuchenką.
- Idź do salonu i na mnie poczekaj, zaraz to opatrzę.
- Sama potrafię to zrobić. - podeszłam bliżej do blatu przy którym chłopak położył pudełko.
- Żartujesz? Nie ma mnie trzy godziny, a ty już wracasz cała zakrwawiona. Ciebie tak zawsze trzeba pilnować? Jeszcze się skaleczysz przy cięciu bandaża.
- Uwierz mi, że w swoim życiu robiłam bardziej ryzykowne rzeczy niż cięcie bandaża.
- W tym momencie sprawiasz, że czuję się bezradny, a kiedy czuję się bezradny to zaczynam być sfrustrowany, a kiedy dopada mnie frustracja to wybucham. I uwierz mi, że wtedy sama erupcja Wezuwiusza to przy mojej osobie nic. Dlatego... idź sobie grzecznie odpocząć w czasie kiedy ja będę pracował.
W tym momencie się poddałam. Zwykle jestem strasznie uparta, ale kiedy szatyn spojrzał na mnie swoim stanowczym, choć może nieco obłąkanym wzrokiem, przestałam już odczuwać potrzebę protestu. Zmierzyłam więc w stronę salonu, rozsiadłam się wygodnie na kanapie i zaklęłam po cichu. Co jest ze mną, przecież ja się nigdy tak łatwo nie poddaję.
Po około pięciu minutach oczekiwania zauważyłam sylwetkę Jessa zmierzającą w moją stronę. W rękach trzymał miskę, którą po chwili położył na ziemi. Usiadł obok mnie i zaczął przemywać ranę gazikiem nasączonym zimną wodą. Zwykle w takich chwilach jak ta zawsze opiekował się mną Gale, chociaż przy Jessie też czuję się bezpiecznie, pomimo jego nieokrzesanego charakteru. Jednak bardzo brakuje mi Gale'a, nie ma chwili żebym o nim nie pomyślała.
- Hej, Cat, głowa do góry. - Z moich rozmyślań wybudził mnie głos Jessa. Teraz smarował mi kolano jakąś dziwną ziołową maścią. Robił to bardzo delikatnie i starał się, żeby nic mnie nie zabolało. Po chwili rozwinął bandaż i owinął nim moją skórę.
- Te ziółka mogą wydawać ci się trochę podejrzane, ale to tylko mieszanina leczniczych liści krzewów mojej babci. Szybciej goi rany, a lepiej dla ciebie jeśli wieczorem będziesz w pełni dyspozycyjna.
- Dziękuję za wszystko. - wyraziłam wdzięczność.
"Lepiej dla ciebie jeśli wieczorem będziesz w pełni dyspozycyjna". Wieczorem...
- Powiedz mi lepiej co to za mina. - przez mój umysł znów przebił się głos chłopaka. Jego ciemnoniebieskie oczy i śniado-blada cera kompletnie nie pasowały do mojej oliwkowej karnacji i brązowych tęczówek. Zastanawiało mnie, skąd pochodził. W końcu niewiele osób posiada tak niecodzienną urodę jak on. Widać, że jest trochę nietypowy.
- Wiem, że się trochę obawiasz, ale nie masz czego.
W jego oczach malowała się troska.
- Na początku będą sprawdzać twoje umiejętności, ważne jest to, żebyś pokazała się z jak najlepszej strony. Po prostu pokaż im to, co potrafisz najlepiej.
Strzelanie z łuku, pomyślałam.
- I... nie chcę cię dodatkowo zamartwiać, ale muszę cię ostrzec.
Podniosłam wzrok.
- O co chodzi? - spytałam, trochę zbyt cichym głosem.
- Nie przerazisz się? - Jess odpowiedział równie cicho.
- Mów. - odrzekłam, tym razem bardziej stanowczo.
- Najsłabsze ogniwa wypadają po kilku dniach. Inaczej mówiąc, jeśli jesteś słaba, wyrzucają cię gdzieś na pastwę losu i skazują na samotną włóczęgę w nieznane. Oczywiście zakładając, że przeżyjesz.
- Okej, to mnie jednak przeraziłeś. - odwróciłam głowę i popatrzyłam w okno.
- Ej, ale ty sobie poradzisz. Nie jesteś jak reszta, widać że jesteś silna. Kilka dni temu, kiedy oglądaliśmy ceremonię widziałem, że każdy miał przestraszony wzrok, niektórzy nawet wodzili oczami szukając drogi, którą można by było uciec. Dwie dziewczyny z trudem powstrzymywały łzy w oczach, jednak ty stałaś pewnie i patrzyłaś cały czas przed siebie. Twoja twarz była jak kamień, nie można z niej było nic wyczytać, dosłownie. Już wtedy pomyślałem, że chciałbym żebyś to własnie ty trafiła pod nasz dach i oto po kilku dniach nagle spadłaś mi z nieba podczas gdy ja toczyłem nudną rozgrywkę w karty.
- Może tak tylko wyglądam na zewnątrz, ale uwierz, że w środku kotłuje się we mnie tyle uczuć, że czasem myślę, że niedługo nie wytrzymam. Mam ochotę uciec do lasu w moje sekretne miejsce, schować się i już nigdy nie wychodzić. Chociaż wiem, że i tak niedługo będę musiała.
- A w tej chwili? Co teraz się w tobie kotłuje? - Gwałtownie odwróciłam głowę w stronę Jessa, który znalazł się teraz nieco bliżej mnie. W jego oczach ciekawość mieszała się ze współczuciem.
- Nie mam pojęcia. - odpowiedziałam po dłuższym zastanowieniu. - Czuję się trochę...
- Może zmęczona?
Przytaknęłam.
- Jak chcesz możesz trochę odpocząć, do wieczora mamy sporo czasu. - zaproponował.
Nie protestowałam, ponieważ oczy same mi się zamykały. Jess przykrył mnie kocem i po chwili zaczął już zmierzać w stronę schodów. To dziwne, ale wolałabym, żeby ode mnie nie odchodził.
- Czekaj. - wydobyłam z siebie niewyraźnie.
Chłopak postawił już nogę na pierwszym stopniu, ale na dźwięk mojego głosu zatrzymał się i odwrócił lekko w moją stronę. Zauważyłam, że bok jego koszulki był lekko rozdarty, a jego przedramię zdobiło kilka świeżych szram.
- Mógłbyś... jeszcze trochę zostać?
Bez chwili namysłu podszedł w moją stronę i zajął miejsce obok mnie. Przez ten czas nie odzywał prawie się w ogóle. Oboje milczeliśmy. Zdziwiło mnie to, bo na pierwszy rzut oka nie wyglądał na osobę zdolną do ciszy.
- Co ci się stało w bok? - zapytałam. Pomimo senności jaka mnie ogarniała chciałam podtrzymywać rozmowę. Czułam się też trochę osamotniona, dlatego chciałam, żeby był on obok mnie.
- Mała sprzeczka z rysiem, nic poważnego. - odparł. - Wiesz... czasami też zdarza mi się być taką ofiarą jak ty i przychodzić do domu z różnymi obrażeniami. - uśmiechnął się delikatnie.
Zaśmiałam się i i lekko szturchnęłam go łokciem.
- To tłumaczy ten zapaskudzony krwią nóż.
- Jeśli chodzi o to, nigdzie się gdzie bez niego nie ruszam.
- Podobnie jak ja z moim łukiem.
- Strzelasz z łuku? - zdziwił się.
- Tak... a ty nie? Mieszkasz przecież w takim miejscu... myślałam, że posiadanie tej umiejętności wydaje się tutaj koniecznością.
- Hm, niekoniecznie. Ja rzucam sztyletami.
To mnie jeszcze bardziej zaintrygowało.
- Spokojnie, na razie tylko do drzew. - zaśmiał się.
- Widzę, że nie próżnujesz.
- Wbrew słowom mojej babci, nie jestem próżniakiem, powinnaś już to zauważyć. - na jego policzku pojawił się charakterystyczny dołeczek.
W miarę, gdy rozmawialiśmy ze sobą coraz dłużej, coraz bardziej ogarniało mnie to dziwne poczucie, że jego głos wydawał mi się znajomy. Cichy i delikatny. Stanowczy, ale ciepły. Ciężkie powieki opadały mi już coraz bardziej. Jason chyba to zauważył.
- Jeśli chcesz, możesz się oprzeć. - szepnął do mnie.
Bez chwili zastanowienia przysunęłam się trochę bliżej i oparłam głowę o jego ramię. Nasze kolana się zetknęły, a w nozdrzach poczułam jego zapach. Pachniał wiatrem, potem i igiełkami sosny. Był to znany mi zapach, kojarzył mi się z bezpieczeństwem, dlatego szybko zamknęłam oczy. Poczułam na sobie delikatny dotyk. Jego smukła dłoń zaczęła przeczesywać moje włosy. Potem lekko zsunęła się w dół. Jego chłodne palce dotknęły mojej szyi, następnie ramienia... pleców... wcięcia w talii. Zadrżałam, kiedy zaczął wodzić nimi po moim ciele. Chyba to zauważył.
Byłam już w stanie płytkiego snu, jednak zdążyłam zarejestrować kilka niewyraźnych dźwięków, które do mnie doszły.
- Śpij dobrze Cat, muszę lecieć.
I opadłam na sofę, czując jak całe ciepło powoli ze mnie ucieka, kiedy Jess zniknął. Usłyszałam lekkie trzaśnięcie drzwiami i po chwili całkowicie zasnęłam.
Podniosłam się z łóżka i otworzyłam okno, gdyż zrobiło się trochę duszno. Wyjrzałam na zewnątrz i uderzyła we mnie fala przyjemnego chłodu. Od razu poczułam świeży zapach poranka.
- Pierwszy raz, gdy usiłowałem otworzyć to cholerne okno, rama okienna pociągnęła mnie za sobą i wpadłem prosto w żywopłot. Dziwię się, że stoisz tutaj jeszcze cała i zdrowa.
Na dźwięk głosu Jasona lekko podskoczyłam. Tymczasem on podszedł do mnie i również wychylił głowę poza framugę.
- Pamiętam, jak pierwszy raz tutaj przybyłem... - powiedział patrząc w stronę lasu. - Właściwie to i tak nie miałem wyboru.
Nie wiem czemu, ale przez chwilę miałam wrażenie, że w jego głosie usłyszałam coś znajomego. Zastanawia mnie jednak to, czy mieszkając tutaj z dala od cywilizacji są rzeczywiście lepsze warunki na życie. Brak kontroli, brak ciągłego podenerwowania i strachu. Nie trzeba martwić się o to, czy ktoś zauważy cię rano przechodzącą przez drucianą siatkę z martwą zwierzyną w torbie. Nie trzeba martwić się o to, czy dzisiaj zdołasz wykarmić rodzinę, czy będzie ona głodować przez kilka kolejnych dni. No i oczywiście nie musisz stresować się tym, czy to ciebie w tym roku wszyscy ludzie będą oglądać na wielkim ekranie, kiedy ty będziesz walczyć o przeżycie.
Jednak zdołało się dostrzec jakąś ponurą nutę, w tym co powiedział Jess. Ciekawa jestem jak on musiał sobie radzić i co się wydarzyło zanim dotarł do tego miejsca.
- Tak na dobrą sprawę, to większość z nas nie ma wyboru. Nikt nie może wpłynąć na to, co się aktualnie dzieje. - odpowiedziałam mu trochę niskim i sennym głosem.
Nasze ramiona lekko się zetknęły.
- No, pokrzepiająca to ty jednak nie jesteś. - spuścił głowę w dół. Włosy zakrywały mu twarz, jednak zdołałam zauważyć lekki uśmiech pod ich gęstą warstwą.
Nagle poczułam w brzuchu lekki skurcz, który zaalarmował mi, że już pora na posiłek.
- Tak zmieniając temat, co na śniadanie? - zapytałam. - Czuję smażony bekon i jajka.
- Na jedzenie trzeba zasłużyć.
Chłopak podniósł głowę i spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakby chciał przebadać mnie od każdej strony, nie pomijając przy tym żadnego szczegółu. Zmieszałam się trochę.
- Niby co mam zrobić? - spytałam nieco zbyt nonszalancko.
- Trzy okrążenia wokół ogrodzenia albo czterdzieści pompek. Wybieraj.
Zrozumiałam, że trening właśnie się zaczął. Nadal jednak nie widzę siebie w białym kombinezonie w jakimś obcym dystrykcie dyktującą twarde warunki z biczem w ręku. Marny byłby ze mnie Strażnik. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że niemal codziennie łamię zasady.
*
Nie wiedziałam, że ten teren jest taki wielki. Ta opłakana chata prezentowała się na nim niemal komicznie. Ciekawe po co im tyle ziemi. Może jednak coś ukrywają? Przebiegłam chyba jakieś trzy kilometry, do końca brakowało już niewiele. Na szczęście warunki z jakimi przyszło mi żyć wyrobiły we mnie dobrą kondycję, także nie miałam się czym martwić. Jeśli tak ma być codziennie to całkiem mi pasuje, chociaż boję się że ta mała rozgrzeweczka okaże się początkiem katorżniczej charówy od wschodu do zachodu słońca.
Nagle potknęłam się o jakiś wystający korzeń i upadłam na prawe kolano zdzierając spodnie razem ze skórą. Po kilku sekundach moją nogę zaczął przeszywać lekki ból, pociekło też trochę krwi plamiąc jedwabisty materiał. Co za ofiara...
Ostatnio takie upadki zaczynają zdarzać mi się coraz częściej. Może jest to wynikiem tego, że jestem trochę niewypoczęta. W końcu ostatnio dużo się działo.
W pewnym momencie moja ręka wyczuła jakiś zimny obiekt i nagle odczułam lekkie mrowienie na swojej dłoni. Machinalnie ją oderwałam, nieco zaskoczona.
- Cholera... co to było?
Spojrzałam szybko w dół i zaczęłam macać ziemię rękoma, próbując zlokalizować jego położenie. Znalazłam! Tajemniczy obiekt wyglądał jak niczym nie wyróżniający się zwykły pozorny kamień, jednak gdy się jemu bardziej przyjrzało, dało się zauważyć lekkie wgłębienie. Powoli i niepewnie położyłam tam swoją dłoń i znów poczułam dziwne mrowienie w palcach.
Nagle na kamieniu zaczęły pojawiać się dziwne turkusowe linie, które zaczęły rozprzestrzeniać się coraz bardziej, tworząc skomplikowaną sieć połączeń. Zobaczyłam przebłysk światła i jakaś siła popchnęła mnie kilka metrów dalej.
- Auu... - otarłam moją głowę. Po chwili podniosłam się i... o oniemiałam z wrażenia. Turkusowe linie teraz zaczęły pokrywać cały obszar na którym się znajdowałam, tworząc półkole o cienkiej warstwie, które wyglądało jak coś w rodzaju pola siłowego. Całe zjawisko zniknęło równie szybko jak się pojawiło. Najbardziej przerażał mnie fakt, że wyglądało ono dokładnie jak imitacja tego, które zawsze pokrywało arenę podczas głodowych igrzysk. Jess, co ty tutaj ukrywasz?
*
Wróciłam do chaty, a zapach bekonu był jeszcze bardziej nieznośny niż wcześniej. Chętnie bym się też czegoś napiła. Jednak w środku nie było nikogo. Podeszłam do stołu i zauważyłam talerz pełen kanapek, które po chwili pochłonęłam. Obok leżała mała karteczka. Sięgnęłam po nią i zaczęłam czytać tekst.
Kiedy będziesz to czytać, zapewne nikogo
nie będzie w domu. Musiałam wyjechać do
Kapitolu, mam tam do załatwienia kilka spraw,
nie wiem kiedy wrócę. Raven pewnie bawi się
w ogrodzie, dopilnuj żeby nic się jej nie stało
przez ten czas. Jeśli czegoś potrzebujesz,
masz Jasona. Pewnie gdzieś się włóczy,
ale nie martw się, prędzej czy później
Cię znajdzie.
Dzisiaj o dwudziestej masz się stawić
na arenie głównej. Będą tam wszyscy
nowi rekruci. Koniecznie załóż przepaskę,
żeby było wiadomo z którego Dystryktu
Cię przysłano.
W. Rockwood.
"W. Rockwood". Musiałbyć to podpis babci Jessa.
O dwudziestej mam się stawić na jakiejś arenie głównej... gdybym jeszcze wiedziała gdzie to jest. Spojrzałam na zegarek - zostało niecałe sześć godzin. Mam nadzieję, że reszta osób, która przyjechała na szkolenie mnie tam nie pozjada. Co prawda zawsze mogło być gorzej, zawsze to mogły być igrzyska. Z jednej strony cieszę się w duchu, że nie spotkał mnie gorszy los, ale z drugiej myśl o rodzinie znów powoduje ten nieprzyjemny ucisk w gardle. Ciekawa jestem, jak sobie beze mnie radzą.
Kiedy wstałam od stołu, znów rozbolało mnie kolano. Potrzebny będzie jakiś opatrunek. Szkoda tylko, że babcia nie napisała gdzie jest apteczka.
Nagle drzwi się otworzyły i do środka wszedł Jess. W jednym ręku trzymał nóż ubrudzony zeschniętą krwią, a w drugim kosz pełen soczystych poziomek. Cóż, ciekawe zestawienie, nie powiem że nie.
Miał na sobie jeansy i szarą koszulkę, a po jego szyi spływał pot. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie lekko zdezorientowani, gdy nagle jego wzrok spoczął na mojej nodze.
- Nawet się jeszcze dobrze trening nie zaczął, a ty już poległaś.
Poszedł do kuchni i wyciągnął pudełko z szafki nad kuchenką.
- Idź do salonu i na mnie poczekaj, zaraz to opatrzę.
- Sama potrafię to zrobić. - podeszłam bliżej do blatu przy którym chłopak położył pudełko.
- Żartujesz? Nie ma mnie trzy godziny, a ty już wracasz cała zakrwawiona. Ciebie tak zawsze trzeba pilnować? Jeszcze się skaleczysz przy cięciu bandaża.
- Uwierz mi, że w swoim życiu robiłam bardziej ryzykowne rzeczy niż cięcie bandaża.
- W tym momencie sprawiasz, że czuję się bezradny, a kiedy czuję się bezradny to zaczynam być sfrustrowany, a kiedy dopada mnie frustracja to wybucham. I uwierz mi, że wtedy sama erupcja Wezuwiusza to przy mojej osobie nic. Dlatego... idź sobie grzecznie odpocząć w czasie kiedy ja będę pracował.
W tym momencie się poddałam. Zwykle jestem strasznie uparta, ale kiedy szatyn spojrzał na mnie swoim stanowczym, choć może nieco obłąkanym wzrokiem, przestałam już odczuwać potrzebę protestu. Zmierzyłam więc w stronę salonu, rozsiadłam się wygodnie na kanapie i zaklęłam po cichu. Co jest ze mną, przecież ja się nigdy tak łatwo nie poddaję.
Po około pięciu minutach oczekiwania zauważyłam sylwetkę Jessa zmierzającą w moją stronę. W rękach trzymał miskę, którą po chwili położył na ziemi. Usiadł obok mnie i zaczął przemywać ranę gazikiem nasączonym zimną wodą. Zwykle w takich chwilach jak ta zawsze opiekował się mną Gale, chociaż przy Jessie też czuję się bezpiecznie, pomimo jego nieokrzesanego charakteru. Jednak bardzo brakuje mi Gale'a, nie ma chwili żebym o nim nie pomyślała.
- Hej, Cat, głowa do góry. - Z moich rozmyślań wybudził mnie głos Jessa. Teraz smarował mi kolano jakąś dziwną ziołową maścią. Robił to bardzo delikatnie i starał się, żeby nic mnie nie zabolało. Po chwili rozwinął bandaż i owinął nim moją skórę.
- Te ziółka mogą wydawać ci się trochę podejrzane, ale to tylko mieszanina leczniczych liści krzewów mojej babci. Szybciej goi rany, a lepiej dla ciebie jeśli wieczorem będziesz w pełni dyspozycyjna.
- Dziękuję za wszystko. - wyraziłam wdzięczność.
"Lepiej dla ciebie jeśli wieczorem będziesz w pełni dyspozycyjna". Wieczorem...
- Powiedz mi lepiej co to za mina. - przez mój umysł znów przebił się głos chłopaka. Jego ciemnoniebieskie oczy i śniado-blada cera kompletnie nie pasowały do mojej oliwkowej karnacji i brązowych tęczówek. Zastanawiało mnie, skąd pochodził. W końcu niewiele osób posiada tak niecodzienną urodę jak on. Widać, że jest trochę nietypowy.
- Wiem, że się trochę obawiasz, ale nie masz czego.
W jego oczach malowała się troska.
- Na początku będą sprawdzać twoje umiejętności, ważne jest to, żebyś pokazała się z jak najlepszej strony. Po prostu pokaż im to, co potrafisz najlepiej.
Strzelanie z łuku, pomyślałam.
- I... nie chcę cię dodatkowo zamartwiać, ale muszę cię ostrzec.
Podniosłam wzrok.
- O co chodzi? - spytałam, trochę zbyt cichym głosem.
- Nie przerazisz się? - Jess odpowiedział równie cicho.
- Mów. - odrzekłam, tym razem bardziej stanowczo.
- Najsłabsze ogniwa wypadają po kilku dniach. Inaczej mówiąc, jeśli jesteś słaba, wyrzucają cię gdzieś na pastwę losu i skazują na samotną włóczęgę w nieznane. Oczywiście zakładając, że przeżyjesz.
- Okej, to mnie jednak przeraziłeś. - odwróciłam głowę i popatrzyłam w okno.
- Ej, ale ty sobie poradzisz. Nie jesteś jak reszta, widać że jesteś silna. Kilka dni temu, kiedy oglądaliśmy ceremonię widziałem, że każdy miał przestraszony wzrok, niektórzy nawet wodzili oczami szukając drogi, którą można by było uciec. Dwie dziewczyny z trudem powstrzymywały łzy w oczach, jednak ty stałaś pewnie i patrzyłaś cały czas przed siebie. Twoja twarz była jak kamień, nie można z niej było nic wyczytać, dosłownie. Już wtedy pomyślałem, że chciałbym żebyś to własnie ty trafiła pod nasz dach i oto po kilku dniach nagle spadłaś mi z nieba podczas gdy ja toczyłem nudną rozgrywkę w karty.
- Może tak tylko wyglądam na zewnątrz, ale uwierz, że w środku kotłuje się we mnie tyle uczuć, że czasem myślę, że niedługo nie wytrzymam. Mam ochotę uciec do lasu w moje sekretne miejsce, schować się i już nigdy nie wychodzić. Chociaż wiem, że i tak niedługo będę musiała.
- A w tej chwili? Co teraz się w tobie kotłuje? - Gwałtownie odwróciłam głowę w stronę Jessa, który znalazł się teraz nieco bliżej mnie. W jego oczach ciekawość mieszała się ze współczuciem.
- Nie mam pojęcia. - odpowiedziałam po dłuższym zastanowieniu. - Czuję się trochę...
- Może zmęczona?
Przytaknęłam.
- Jak chcesz możesz trochę odpocząć, do wieczora mamy sporo czasu. - zaproponował.
Nie protestowałam, ponieważ oczy same mi się zamykały. Jess przykrył mnie kocem i po chwili zaczął już zmierzać w stronę schodów. To dziwne, ale wolałabym, żeby ode mnie nie odchodził.
- Czekaj. - wydobyłam z siebie niewyraźnie.
Chłopak postawił już nogę na pierwszym stopniu, ale na dźwięk mojego głosu zatrzymał się i odwrócił lekko w moją stronę. Zauważyłam, że bok jego koszulki był lekko rozdarty, a jego przedramię zdobiło kilka świeżych szram.
- Mógłbyś... jeszcze trochę zostać?
Bez chwili namysłu podszedł w moją stronę i zajął miejsce obok mnie. Przez ten czas nie odzywał prawie się w ogóle. Oboje milczeliśmy. Zdziwiło mnie to, bo na pierwszy rzut oka nie wyglądał na osobę zdolną do ciszy.
- Co ci się stało w bok? - zapytałam. Pomimo senności jaka mnie ogarniała chciałam podtrzymywać rozmowę. Czułam się też trochę osamotniona, dlatego chciałam, żeby był on obok mnie.
- Mała sprzeczka z rysiem, nic poważnego. - odparł. - Wiesz... czasami też zdarza mi się być taką ofiarą jak ty i przychodzić do domu z różnymi obrażeniami. - uśmiechnął się delikatnie.
Zaśmiałam się i i lekko szturchnęłam go łokciem.
- To tłumaczy ten zapaskudzony krwią nóż.
- Jeśli chodzi o to, nigdzie się gdzie bez niego nie ruszam.
- Podobnie jak ja z moim łukiem.
- Strzelasz z łuku? - zdziwił się.
- Tak... a ty nie? Mieszkasz przecież w takim miejscu... myślałam, że posiadanie tej umiejętności wydaje się tutaj koniecznością.
- Hm, niekoniecznie. Ja rzucam sztyletami.
To mnie jeszcze bardziej zaintrygowało.
- Spokojnie, na razie tylko do drzew. - zaśmiał się.
- Widzę, że nie próżnujesz.
- Wbrew słowom mojej babci, nie jestem próżniakiem, powinnaś już to zauważyć. - na jego policzku pojawił się charakterystyczny dołeczek.
W miarę, gdy rozmawialiśmy ze sobą coraz dłużej, coraz bardziej ogarniało mnie to dziwne poczucie, że jego głos wydawał mi się znajomy. Cichy i delikatny. Stanowczy, ale ciepły. Ciężkie powieki opadały mi już coraz bardziej. Jason chyba to zauważył.
- Jeśli chcesz, możesz się oprzeć. - szepnął do mnie.
Bez chwili zastanowienia przysunęłam się trochę bliżej i oparłam głowę o jego ramię. Nasze kolana się zetknęły, a w nozdrzach poczułam jego zapach. Pachniał wiatrem, potem i igiełkami sosny. Był to znany mi zapach, kojarzył mi się z bezpieczeństwem, dlatego szybko zamknęłam oczy. Poczułam na sobie delikatny dotyk. Jego smukła dłoń zaczęła przeczesywać moje włosy. Potem lekko zsunęła się w dół. Jego chłodne palce dotknęły mojej szyi, następnie ramienia... pleców... wcięcia w talii. Zadrżałam, kiedy zaczął wodzić nimi po moim ciele. Chyba to zauważył.
Byłam już w stanie płytkiego snu, jednak zdążyłam zarejestrować kilka niewyraźnych dźwięków, które do mnie doszły.
- Śpij dobrze Cat, muszę lecieć.
I opadłam na sofę, czując jak całe ciepło powoli ze mnie ucieka, kiedy Jess zniknął. Usłyszałam lekkie trzaśnięcie drzwiami i po chwili całkowicie zasnęłam.
wtorek, 27 stycznia 2015
Rozdzial V
Gęstwina dzikich krzaków coraz bardziej się oddalała, w miarę gdy szłam coraz głębiej w nieznane. Krajobraz diametralnie się zmieniał. W miejsca drzew pojawił się równo przycięty żywopłot, a moim oczom zaczęły ukazywać się coraz to dziwniejsze rodzaje ogrodowych roślin, muszę jednak przyznać, że bardzo dobrze zadbanych. Jednak dziwiła mnie jedna rzecz... Kto normalny marnowałby czas i energię na budowanie wielkiej rezydencji w środku gigantycznej zarośniętej puszczy?
Nagle moim oczom ukazał się średniej wielkości dom z drewnianych bali. No cóż, cofam ten fakt, kiedy mówiłam o wielkiej rezydencji.
Podeszłam bliżej.
Wchodząc do środka spostrzegłam, że dom jest umeblowany w nieco staromodnym stylu, ale zdecydowanie są tutaj lepsze warunki, niż u nas w Gradheim. Na prawo od schodów usytuowana była kuchnia. No proszę, nawet lodówka w miarę dobrze działa, pomyślałam. Po lewej stronie znajdował się stół z sześcioma siedzeniami i obrusem, lekko poplamionym konfiturami, a gdy szło się jeszcze dalej za tą małą prowizoryczną jadalnię, można było znaleźć się w całkiem przytulnym salonie z beżową miękką kanapą, telewizorem, regałem na książki i dużą ilością rozmaitych roślin, których nigdy wcześniej nie widziałam. To było chyba na bardziej oświetlone miejsce w tej ponurej małej chatce, jednak nie miałam na co narzekać. W porównaniu z moim wcześniejszym domem tutaj czułam się już jak jedną nogą w niebie.
- Siadajcie. - nakazała starsza pani wlewając do misek przygotowany przez siebie płyn o tajemniczej zawartości.
Zajęłam miejsce, a Jess usiadł obok mnie. Odwróciłam się w drugą stronę i o mało nie zamarłam. Nagle nie wiadomo skąd przede mną pojawiła się jakaś dziewczynka. Na oko miała może z dwanaście lat, pewnie była w podobnym wieku co Prim.
Prim... poczułam nagły ucisk w klatce piersiowej i dławienie w gardle.
- Nie bój się jej, to Raven, młodsza siostra Jasona. - ochrypiały głos kobiety przywrócił mnie do rzeczywistości.
- Nie boję się jej, po prostu lekko mnie zaskoczyła. - odparłam.
- Często ma tendencję do pojawiania się znikąd i straszenia ludzi. - kobieta zaśmiała się, a jej głos był niski i dudniący.
- Jak widmo. - skwitował Jess. - Z tym, że zjawia się tylko wtedy, gdy czuje zapach jedzenia.
W końcu dostaliśmy posiłek. Spróbowałam gorącej zupy, która jednak nie okazała się być taka zła jak przypuszczałam na początku.
- A więc zdradzisz mi w końcu swoje imię, dziecko? - zapytała staruszka.
- Jestem Katniss.
- Nie pasuje do ciebie. - odrzekła.
- Dlaczego?... - wybałuszyłam oczy ze zdziwienia.
- Za bardzo nietypowe i wymyślne, ja bym nazwała ciebie Rosalia.
- Babciu, ale to nie jest twoja córka... - odezwał się chłopak. Nie wiem czy to mi się tylko zdawało, ale miałam wrażenie, że jego twarz przybrała nagle jakiś posępny wyraz. Czy tak się nazywała jego matka?
- Jak już wszyscy zjecie to pokażcie dziewczynie gdzie może się umyć, bo jest tak brudna jakby spędziła miesiąc na wojnie w okopach.
Poczułam się nieco zażenowana, gdy nagle wszyscy zaczęli się na mnie patrzeć jak na rozbitka.
- Nie jej wina, w końcu przez kilka dni musiała zmagać się z tym lasem i pewnie na własną rękę, bo udało jej się tu dotrzeć samej.
Staruszka zaczęła baczniej mi się przyglądać.
- Naprawdę dotarłaś tutaj sama? Jejku, Katniss, jesteś bardzo odważna! - krzyknęła rozentuzjazmowana Raven wysokim dziecięcym głosem.
- Dzięki. - uśmiechnęłam się do dziecka pokrzepiająco.
- Jak tylko dostanę meldunek to jutro pierwsze co robimy, to zajmujemy się twoim harmonogramem szkoleniowym, nie myśl sobie że przyjechałaś tu na wakacje. - rozkazała kobieta - A... i jak już będziecie na górze to pokażcie dziewczynie sypialnie, przecież nie będzie spała na podłodze. U Raven są dwa łóżka, ale jest też pokój gościnny. No... chyba że wolisz spać z moim wnukiem.
- Babciu...
Jess zasłonił twarz dłonią i zaczął się śmiać.
- Chodź za mną. - powiedział.
Podążyłam za chłopakiem po drewnianych schodach na górę, które trzeszczały tak samo jak te na werandzie. Na górze znajdował się wąski, ale za to długi korytarz, który mieścił cztery pokoje razem z łazienką. Wybrałam sobie pokój gościnny, ten na samym końcu. Potem pokazano mi łazienkę.
Nie wierzę... w tej chwili mój wzrok skoncentrowany był na wannie z normalnym prysznicem.
Najwyższym moim oczekiwaniem co do tego domu był dostatek ciepłej wody w misce, o wannie z prysznicem nie śmiałam nawet pomyśleć.
- No, to tutaj już zostawiam cię samą, chyba wiesz jak wszystko działa. - odezwał się chłopak.
- Właściwie to... nie do końca. - odpowiedziałam ledwie słyszalnym szeptem.
- No nie mów, że w Dwunastce nie ma pryszniców?
Spojrzałam na niego.
- To znaczy... wiedziałem, że jest to jeden z tych biedniejszych dystryktów, ale... nie wiedziałem, że aż tak... - Jess napotkał mój wzrok. W jego oczach dało się zauważyć szczere współczucie.
Kiedy wytłumaczył mi co i jak, pozostawił mnie w samotności, a ja zaczęłam rozkoszować się bieżącą gorącą wodą. Kiedy zmyłam się z siebie cały brud, przebrałam się w czyste ubranie pozostawione dla mnie na grzejniku i poszłam w kierunku swojej sypialni. Dzisiejszy dzień był wykańczający, dlatego udało mi się zasnąć z łatwością.
Nagle moim oczom ukazał się średniej wielkości dom z drewnianych bali. No cóż, cofam ten fakt, kiedy mówiłam o wielkiej rezydencji.
Podeszłam bliżej.
Tutaj właśnie kończył się żywopłot, a zaczynała mała piaskowa dróżka prowadząca do werandy. Zaczęłam bardziej przypatrywać się miejscu i po chwili spostrzegłam, że jednak nie jestem tutaj sama. Na krześle przy stoliku siedział lekko zgarbiony chłopak. Kiedy zaczęłam przyglądać mu się uważniej, zauważyłam że gra w karty. Jednak były one ustawione w jakimś dziwnym, nielogicznym i niezrozumiałym dla mnie szyku. Właśnie oparł zamyśloną twarz na lewym ramieniu, a na jego czole pojawiła się lekka zmarszczka. Zdaje się, że myślał o czymś intensywnie.
W końcu zebrałam się na odwagę i zaczęłam iść w jego kierunku, ale albo mnie nie widział, albo mnie ignorował, bo kiedy wchodziłam po trzeszczących schodach werandy nawet nie podniósł głowy. Stojąc jakieś dwa metry od niego byłam w stanie bardziej przyjrzeć się jego twarzy. Miał kasztanowe włosy, bladą cerę i delikatny mały nos. W dodatku całkiem smukłą sylwetkę.
Dopiero teraz raczył na mnie spojrzeć, a ja ujrzałam jego ciemnoniebieskie przenikliwe oczy. Zaczęłam zastanawiać się czy się nie odezwać, ale w tej chwili chłopak mnie wyręczył.
- Co taka przeciętna dziewczyna robi w takim nieprzeciętnym miejscu? - zapytał nadal nie wstając od krzesła.
Otworzyłam usta, aby coś z siebie wydusić, ale on znowu mi przerwał.
- Chwila, chwila. Gdzie twój strażnik? Taka twarda z ciebie sztuka, że już udało ci się go wykurzyć? - szatyn zaczął się śmiać. - Jestem Jess. - wyciągnął rękę, burząc przy tym swoją abstrakcyjną karcianą konfigurację.
Trochę dziwny, pomyślałam. Niepewnie podałam rękę dopiero co poznanemu chłopakowi patrząc mu prosto w oczy, gdy nagle usłyszałam jakiś stary skrzeczący kobiecy głos dobiegający ze środka domu:
- Jason! Obiad!
Spojrzałam na szatyna powściągliwym wzrokiem unosząc brwi do góry.
- No dobra, dobra... - ułożył ręce w otwartej pozie. - Jestem Jason, ale wolałbym jednak, żebyś mówiła do mnie "Jess". - lewy kącik jego ust lekko powędrował ku górze.
- Załatwione. - również się uśmiechnęłam.
Po chwili zrzędliwy głos kobiety znowu się odezwał.
- Jason, ty chuliganie, znowu każesz mi czekać pół dnia?
Przewrócił oczami i przeczesał włosy opadające mu na czoło.
- Więc mówiłaś już jak się nazywasz?
- Nie, jestem L...
- L Bardzo ładne imię
- Ale ja jestem L...
- Doskonale to rozumiem, L. - położył mi rękę na ramieniu.
- Jason... ty nędzny próżniaku...
- Babciu, uwierz mi, że rozmowa z dziewczyną, która stoi dokładnie przede mną na naszej werandzie jest zdecydowanie lepszą rozrywką niż jedzenie twojej wodnistej zupy z kaczych nóżek.
- Co? Czy tutaj jest jakieś dziewczę?
Drzwi się uchyliły i w przedsionku ukazała się stara siwowłosa kobieta z lampą naftową w ręku.
- Babciu... przypominam ci już dzisiaj piąty raz z rzędu, że jeszcze jest dzień.
- Kobieta zlustrowała wzrokiem lampę, po czym odstawiła ją na mały drewniany stolik.
Jess lekko nachylił się w moją stronę.
- Cierpi na demencję. - szepnął do mnie.
Kiwnęłam głową w geście zrozumienia. Starsza pani podniosła na mnie wzrok.
- Hmmm... a więc to ty jesteś tą dziewczyną. No... a myślałam, że już się ciebie nie doczekamy. Wejdź do środka dziecko, śmiało. - zachęciła mnie wskazując ręką drzwi. - Tylko szybko, bo zupa wystygnie. Jason, nie wlecz się tak i pomóż zamknąć drzwi starszej kobiecie, przecież wiesz jak ciężko się zamyka tę wielką masę drewnianej kłodziny... jak zwykle nie ma z ciebie żadnego pożytku.
Kiwnęłam głową w geście zrozumienia. Starsza pani podniosła na mnie wzrok.
- Hmmm... a więc to ty jesteś tą dziewczyną. No... a myślałam, że już się ciebie nie doczekamy. Wejdź do środka dziecko, śmiało. - zachęciła mnie wskazując ręką drzwi. - Tylko szybko, bo zupa wystygnie. Jason, nie wlecz się tak i pomóż zamknąć drzwi starszej kobiecie, przecież wiesz jak ciężko się zamyka tę wielką masę drewnianej kłodziny... jak zwykle nie ma z ciebie żadnego pożytku.
Wchodząc do środka spostrzegłam, że dom jest umeblowany w nieco staromodnym stylu, ale zdecydowanie są tutaj lepsze warunki, niż u nas w Gradheim. Na prawo od schodów usytuowana była kuchnia. No proszę, nawet lodówka w miarę dobrze działa, pomyślałam. Po lewej stronie znajdował się stół z sześcioma siedzeniami i obrusem, lekko poplamionym konfiturami, a gdy szło się jeszcze dalej za tą małą prowizoryczną jadalnię, można było znaleźć się w całkiem przytulnym salonie z beżową miękką kanapą, telewizorem, regałem na książki i dużą ilością rozmaitych roślin, których nigdy wcześniej nie widziałam. To było chyba na bardziej oświetlone miejsce w tej ponurej małej chatce, jednak nie miałam na co narzekać. W porównaniu z moim wcześniejszym domem tutaj czułam się już jak jedną nogą w niebie.
- Siadajcie. - nakazała starsza pani wlewając do misek przygotowany przez siebie płyn o tajemniczej zawartości.
Zajęłam miejsce, a Jess usiadł obok mnie. Odwróciłam się w drugą stronę i o mało nie zamarłam. Nagle nie wiadomo skąd przede mną pojawiła się jakaś dziewczynka. Na oko miała może z dwanaście lat, pewnie była w podobnym wieku co Prim.
Prim... poczułam nagły ucisk w klatce piersiowej i dławienie w gardle.
- Nie bój się jej, to Raven, młodsza siostra Jasona. - ochrypiały głos kobiety przywrócił mnie do rzeczywistości.
- Nie boję się jej, po prostu lekko mnie zaskoczyła. - odparłam.
- Często ma tendencję do pojawiania się znikąd i straszenia ludzi. - kobieta zaśmiała się, a jej głos był niski i dudniący.
- Jak widmo. - skwitował Jess. - Z tym, że zjawia się tylko wtedy, gdy czuje zapach jedzenia.
W końcu dostaliśmy posiłek. Spróbowałam gorącej zupy, która jednak nie okazała się być taka zła jak przypuszczałam na początku.
- A więc zdradzisz mi w końcu swoje imię, dziecko? - zapytała staruszka.
- Jestem Katniss.
- Nie pasuje do ciebie. - odrzekła.
- Dlaczego?... - wybałuszyłam oczy ze zdziwienia.
- Za bardzo nietypowe i wymyślne, ja bym nazwała ciebie Rosalia.
- Babciu, ale to nie jest twoja córka... - odezwał się chłopak. Nie wiem czy to mi się tylko zdawało, ale miałam wrażenie, że jego twarz przybrała nagle jakiś posępny wyraz. Czy tak się nazywała jego matka?
- Jak już wszyscy zjecie to pokażcie dziewczynie gdzie może się umyć, bo jest tak brudna jakby spędziła miesiąc na wojnie w okopach.
Poczułam się nieco zażenowana, gdy nagle wszyscy zaczęli się na mnie patrzeć jak na rozbitka.
- Nie jej wina, w końcu przez kilka dni musiała zmagać się z tym lasem i pewnie na własną rękę, bo udało jej się tu dotrzeć samej.
Staruszka zaczęła baczniej mi się przyglądać.
- Naprawdę dotarłaś tutaj sama? Jejku, Katniss, jesteś bardzo odważna! - krzyknęła rozentuzjazmowana Raven wysokim dziecięcym głosem.
- Dzięki. - uśmiechnęłam się do dziecka pokrzepiająco.
- Jak tylko dostanę meldunek to jutro pierwsze co robimy, to zajmujemy się twoim harmonogramem szkoleniowym, nie myśl sobie że przyjechałaś tu na wakacje. - rozkazała kobieta - A... i jak już będziecie na górze to pokażcie dziewczynie sypialnie, przecież nie będzie spała na podłodze. U Raven są dwa łóżka, ale jest też pokój gościnny. No... chyba że wolisz spać z moim wnukiem.
- Babciu...
Jess zasłonił twarz dłonią i zaczął się śmiać.
- Chodź za mną. - powiedział.
Podążyłam za chłopakiem po drewnianych schodach na górę, które trzeszczały tak samo jak te na werandzie. Na górze znajdował się wąski, ale za to długi korytarz, który mieścił cztery pokoje razem z łazienką. Wybrałam sobie pokój gościnny, ten na samym końcu. Potem pokazano mi łazienkę.
Nie wierzę... w tej chwili mój wzrok skoncentrowany był na wannie z normalnym prysznicem.
Najwyższym moim oczekiwaniem co do tego domu był dostatek ciepłej wody w misce, o wannie z prysznicem nie śmiałam nawet pomyśleć.
- No, to tutaj już zostawiam cię samą, chyba wiesz jak wszystko działa. - odezwał się chłopak.
- Właściwie to... nie do końca. - odpowiedziałam ledwie słyszalnym szeptem.
- No nie mów, że w Dwunastce nie ma pryszniców?
Spojrzałam na niego.
- To znaczy... wiedziałem, że jest to jeden z tych biedniejszych dystryktów, ale... nie wiedziałem, że aż tak... - Jess napotkał mój wzrok. W jego oczach dało się zauważyć szczere współczucie.
Kiedy wytłumaczył mi co i jak, pozostawił mnie w samotności, a ja zaczęłam rozkoszować się bieżącą gorącą wodą. Kiedy zmyłam się z siebie cały brud, przebrałam się w czyste ubranie pozostawione dla mnie na grzejniku i poszłam w kierunku swojej sypialni. Dzisiejszy dzień był wykańczający, dlatego udało mi się zasnąć z łatwością.
niedziela, 31 sierpnia 2014
Rozdział IV
Wiedziałam, że to co robię to głupota, ale czy miałam inne wyjście? Przemierzałam obcą dla mnie gęstwinę krzaczastych drzew i paproci starając się nie zbaczać z małej leśnej drogi, którą się kierowałam. Chwila... jakiej drogi? Zerknęłam w dół i przykucnęłam. Dotknęłam ochłodzonego gruntu z nadzieją, że wyczuję piasek, jednak moja dłoń wędrowała teraz po polu pełnym ostrej, niemal wysuszonej trawy. Wstałam i przeszłam kilkanaście metrów z nadzieją, że gdzieś tutaj musi być jeszcze droga, ale na próżno. W miarę jak się oddalałam, trawa rosła coraz wyżej. W pewnym momencie sięgała mi do kolan.
- Nie...
Wstałam pełna rozczarowania i zaczęłam iść na oślep.
Czy gdybym została tam gdzie byłam z rozhisteryzowanym do granic możliwości blondynem, to coś by to zmieniło?... Tak, przynajmniej mógł by ci wskazać drogę, ty głupia lekkomyślna dziewczyno, odpowiedziała wewnątrz jakaś cząstka mnie. Nie, może gdybym...
Nagle potknęłam się o jakiś perfidnie wystający ostry kamień, co położyło kres moim żenującym przemyśleniom. Podniosłam się i rozejrzałam dookoła. Znajdowałam się na skrzyżowaniu. Skrzyżowaniu? Przecież to dziki las! Jednak wyraźnie widziałam wydrążone w ziemi ślady od kół samochodów.
Mój instynkt podpowiadał mi, że to nie za dobrze. Ślady kół, oznaczają, że niedaleko jest gdzieś człowiek, a co za tym idzie - strażnicy. Nie wiem, co by mi zrobili, gdyby zobaczyli mnie samotnie chodzącą po lesie.
Ten pomysł można dodać do listy moich najbardziej nieudolnych i nieprzemyślanych planów, ale ogarnęła mnie taka senność, że nie ważne w obliczu jakiego niebezpieczeństwa się znajdowałam, musiałam się położyć. Teraz.
Wspięłam się na najbardziej przystępne na miarę możliwości drzewo, po czym oparłam się o szeroką gałąź. Na szczęście nie muszę się martwić o zabezpieczenie, bo zawsze noszę przy sobie mój brązowy skórzany pasek, tak na wszelki wypadek. W tej chwili okazał się być niezbędny. Oplotłam go wokół siebie i gałęzi, po czym zapięłam.
Tak jak się spodziewałam, sen przyszedł bardzo szybko...
*
Obudziłam się na ziemi z bólem pleców. Spadłam z drzewa. Cudownie.
Mój pasek, który zwisał teraz bezwładnie z gałęzi, jednak nie okazał się być tak niezbędny, jak sądziłam.
Nagle z oddali usłyszałam jakieś głosy. Wyjrzałam trochę za drzewo i omal nie zamarłam. Trzech strażników oddalonych jakieś kilkanaście metrów ode mnie, zmierzało w moją stronę.
Zanurkowałam w gęste krzaki.
- Nie wierzę, że jesteś aż tak głupi, żeby myśleć, że ona gdzieś tu się nadal kręci. - usłyszałam szorstki męski głos.
- Gdyby była gdzieś w wioskach, to przecież ludzie by ją zauważyli. - odezwał się drugi.
- Przecież uciekła głęboko w las, ty bezmózgi kretynie! Pomyśl, gdybyś był zagubioną dwudziestolatką, to poszedł byś do ludzi w obcym miejscu, którzy prawdopodobnie na twój widok uznaliby cię za intruza, albo szpiega z Kastargradu i wydali by cię władzom? - rzekł ten pierwszy, jeszcze bardziej poirytowany.
- Miała opaskę. - odpowiedział jakiś trzeci cichy głos.
Ten głos wydał mi się dziwnie znajomy, jakbym kiedyś go gdzieś słyszała...
Bo słyszałam, niespełna wczoraj.
Wychyliłam się lekko. Mężczyźni stali niebezpiecznie blisko mnie. Jednak, miałam rację. Złote blond włosy połyskiwały mu na słońcu. Reszta patrzyła się na niego groźnym wzrokiem.
- Właśnie, skoro to ty wczoraj nawaliłeś, to może powinieneś postarać się być odrobinę bardziej pomocny w tej sprawie? Więc, jakieś sugestie?
Blondyn pokręcił głową.
- No świetnie, więc co powiemy Rissowi?
Moją uwagę od nich odwrócił mały rudy lis. Właśnie pochylił głowę w stronę ziemi, żeby wyczuć jakiś trop. Nagle podniósł łebek i ujrzałam jego ciemne szkliste przenikliwe oczy, które wpatrywały się we mnie uporczywie. Podreptał trochę w moją stronę, przystanął niepewnie nadal mi się przypatrując, po czym ponownie wykonał kilka kroków.
- Idź sobie! - pisnęłam. - zwrócisz ich uwagę!
Małe nierozumne stworzenie niestety nie mogło pojąć sytuacji. Przydreptało szybko i wskoczyło mi na kolana. Modliłam się, żeby teraz siedziało w bezruchu.
- Sprzeczki nie mają sensu, chodźmy lepiej w tamtą stronę. - rzekł jeden z mężczyzn.
- Wiesz co nie ma sensu? To, żebyśmy właśnie tam szli. - usłyszałam odpowiedź drugiego.
Lis kręcił się cały czas, po pewnym czasie zaczął gryźć mnie w palce. W pewnym momencie ugryzł mnie tak mocno, że z mojego gardła wydarł się zduszony pisk.
Zakryłam usta.
- Słyszeliście?
Strażnicy zaczęli się rozglądać.
- To dochodziło z tamtych krzaków. Młody, idź sprawdź co to było.
Siedziałam cicho w krzakach przygotowując się na najgorsze. Serce zaczęło podchodzić mi do gardła. Tak właśnie zakończyła się moja dzika przygoda w lesie.
Coś zaszeleściło i moje oczy ujrzały chłopaka, który niespełna wczoraj próbował strzelić sobie kulkę w łeb. Gdy mnie zobaczył, odskoczył lekko i zrobił chyba najdziwniejszą minę jaką w życiu widziałam. Wyrażała ona zarówno zaskoczenie, jak i strach oraz zawstydzenie.
- Czego się tam tak przestraszyłeś? - usłyszałam głos.
Patrzyłam mu prosto w oczy. Po chwili przytknęłam palec do ust, nadal nie spuszczając z niego wzroku.
- Nic tu nie ma. - chłopak posłał mi ostatnie spojrzenie, po czym zasłonił mnie gałęziami i odszedł w stronę strażników. - To tylko młody lis.
- Dobra, nic tu po nas. Wracajmy.
Kamień spadł mi z serca. Przeczekałam kilka minut, aż strażnicy znikną z zasięgu mojego wzroku i zerwałam się na nogi po chwili biegnąc już w przeciwną stronę. Nie zatrzymywałam się choćby na minutę, moje myśli były teraz skoncentrowane ku temu, żeby jak najdalej stąd uciec. Odwróciłam się za siebie. Nagle usłyszałam brzęczenie i poczułam ostry ból w głowie. Upadłam.
Wstałam z ziemi, zdając sobie sprawę, że uderzyłam się o metalową bramę, która nagle się przede mną otworzyła.
Przez dłuższy czas zastanawiałam się co zrobić. Jeśli zawrócę - będzie źle. Jeśli przejdę przez bramę nie mając zielonego pojęcia, co może mnie zaskoczyć po drugiej stronie - będzie jeszcze gorzej.
- Coś czuję, że będę tego żałować...
Wybrałam drugą opcję.
- Nie...
Wstałam pełna rozczarowania i zaczęłam iść na oślep.
Czy gdybym została tam gdzie byłam z rozhisteryzowanym do granic możliwości blondynem, to coś by to zmieniło?... Tak, przynajmniej mógł by ci wskazać drogę, ty głupia lekkomyślna dziewczyno, odpowiedziała wewnątrz jakaś cząstka mnie. Nie, może gdybym...
Nagle potknęłam się o jakiś perfidnie wystający ostry kamień, co położyło kres moim żenującym przemyśleniom. Podniosłam się i rozejrzałam dookoła. Znajdowałam się na skrzyżowaniu. Skrzyżowaniu? Przecież to dziki las! Jednak wyraźnie widziałam wydrążone w ziemi ślady od kół samochodów.
Mój instynkt podpowiadał mi, że to nie za dobrze. Ślady kół, oznaczają, że niedaleko jest gdzieś człowiek, a co za tym idzie - strażnicy. Nie wiem, co by mi zrobili, gdyby zobaczyli mnie samotnie chodzącą po lesie.
Ten pomysł można dodać do listy moich najbardziej nieudolnych i nieprzemyślanych planów, ale ogarnęła mnie taka senność, że nie ważne w obliczu jakiego niebezpieczeństwa się znajdowałam, musiałam się położyć. Teraz.
Wspięłam się na najbardziej przystępne na miarę możliwości drzewo, po czym oparłam się o szeroką gałąź. Na szczęście nie muszę się martwić o zabezpieczenie, bo zawsze noszę przy sobie mój brązowy skórzany pasek, tak na wszelki wypadek. W tej chwili okazał się być niezbędny. Oplotłam go wokół siebie i gałęzi, po czym zapięłam.
Tak jak się spodziewałam, sen przyszedł bardzo szybko...
*
Obudziłam się na ziemi z bólem pleców. Spadłam z drzewa. Cudownie.
Mój pasek, który zwisał teraz bezwładnie z gałęzi, jednak nie okazał się być tak niezbędny, jak sądziłam.
Nagle z oddali usłyszałam jakieś głosy. Wyjrzałam trochę za drzewo i omal nie zamarłam. Trzech strażników oddalonych jakieś kilkanaście metrów ode mnie, zmierzało w moją stronę.
Zanurkowałam w gęste krzaki.
- Nie wierzę, że jesteś aż tak głupi, żeby myśleć, że ona gdzieś tu się nadal kręci. - usłyszałam szorstki męski głos.
- Gdyby była gdzieś w wioskach, to przecież ludzie by ją zauważyli. - odezwał się drugi.
- Przecież uciekła głęboko w las, ty bezmózgi kretynie! Pomyśl, gdybyś był zagubioną dwudziestolatką, to poszedł byś do ludzi w obcym miejscu, którzy prawdopodobnie na twój widok uznaliby cię za intruza, albo szpiega z Kastargradu i wydali by cię władzom? - rzekł ten pierwszy, jeszcze bardziej poirytowany.
- Miała opaskę. - odpowiedział jakiś trzeci cichy głos.
Ten głos wydał mi się dziwnie znajomy, jakbym kiedyś go gdzieś słyszała...
Bo słyszałam, niespełna wczoraj.
Wychyliłam się lekko. Mężczyźni stali niebezpiecznie blisko mnie. Jednak, miałam rację. Złote blond włosy połyskiwały mu na słońcu. Reszta patrzyła się na niego groźnym wzrokiem.
- Właśnie, skoro to ty wczoraj nawaliłeś, to może powinieneś postarać się być odrobinę bardziej pomocny w tej sprawie? Więc, jakieś sugestie?
Blondyn pokręcił głową.
- No świetnie, więc co powiemy Rissowi?
Moją uwagę od nich odwrócił mały rudy lis. Właśnie pochylił głowę w stronę ziemi, żeby wyczuć jakiś trop. Nagle podniósł łebek i ujrzałam jego ciemne szkliste przenikliwe oczy, które wpatrywały się we mnie uporczywie. Podreptał trochę w moją stronę, przystanął niepewnie nadal mi się przypatrując, po czym ponownie wykonał kilka kroków.
- Idź sobie! - pisnęłam. - zwrócisz ich uwagę!
Małe nierozumne stworzenie niestety nie mogło pojąć sytuacji. Przydreptało szybko i wskoczyło mi na kolana. Modliłam się, żeby teraz siedziało w bezruchu.
- Sprzeczki nie mają sensu, chodźmy lepiej w tamtą stronę. - rzekł jeden z mężczyzn.
- Wiesz co nie ma sensu? To, żebyśmy właśnie tam szli. - usłyszałam odpowiedź drugiego.
Lis kręcił się cały czas, po pewnym czasie zaczął gryźć mnie w palce. W pewnym momencie ugryzł mnie tak mocno, że z mojego gardła wydarł się zduszony pisk.
Zakryłam usta.
- Słyszeliście?
Strażnicy zaczęli się rozglądać.
- To dochodziło z tamtych krzaków. Młody, idź sprawdź co to było.
Siedziałam cicho w krzakach przygotowując się na najgorsze. Serce zaczęło podchodzić mi do gardła. Tak właśnie zakończyła się moja dzika przygoda w lesie.
Coś zaszeleściło i moje oczy ujrzały chłopaka, który niespełna wczoraj próbował strzelić sobie kulkę w łeb. Gdy mnie zobaczył, odskoczył lekko i zrobił chyba najdziwniejszą minę jaką w życiu widziałam. Wyrażała ona zarówno zaskoczenie, jak i strach oraz zawstydzenie.
- Czego się tam tak przestraszyłeś? - usłyszałam głos.
Patrzyłam mu prosto w oczy. Po chwili przytknęłam palec do ust, nadal nie spuszczając z niego wzroku.
- Nic tu nie ma. - chłopak posłał mi ostatnie spojrzenie, po czym zasłonił mnie gałęziami i odszedł w stronę strażników. - To tylko młody lis.
- Dobra, nic tu po nas. Wracajmy.
Kamień spadł mi z serca. Przeczekałam kilka minut, aż strażnicy znikną z zasięgu mojego wzroku i zerwałam się na nogi po chwili biegnąc już w przeciwną stronę. Nie zatrzymywałam się choćby na minutę, moje myśli były teraz skoncentrowane ku temu, żeby jak najdalej stąd uciec. Odwróciłam się za siebie. Nagle usłyszałam brzęczenie i poczułam ostry ból w głowie. Upadłam.
Wstałam z ziemi, zdając sobie sprawę, że uderzyłam się o metalową bramę, która nagle się przede mną otworzyła.
Przez dłuższy czas zastanawiałam się co zrobić. Jeśli zawrócę - będzie źle. Jeśli przejdę przez bramę nie mając zielonego pojęcia, co może mnie zaskoczyć po drugiej stronie - będzie jeszcze gorzej.
- Coś czuję, że będę tego żałować...
Wybrałam drugą opcję.
sobota, 2 sierpnia 2014
Rozdział III
Nie mam pojęcia ile czasu spędziłam w pociągu. Godziny albo uciekały jedna za drugą, albo wydłużały się w nieskończoność. Zdecydowałam, że w końcu wyjdę z pokoju. Tak na prawdę zrobiłam to tylko dlatego, że byłam strasznie głodna.
Zielony mech...Widok drzew... Mój umysł przywoływał różne obrazy.
Przestań, pomyślałam. Przekręciłam klamkę najciszej jak umiałam i wyszłam z mojej małej ciasnej klitki, bo inaczej nie można tego było nazwać. Na prawdę, nawet najbardziej obskurny motelowy pokój mógłby wyglądać przy niej na jakieś pięć rang wyżej.
Szłam wzdłuż korytarza i już miałam skręcić, kiedy do głowy przyszła mi pewna myśl. Może zakradnę się do kuchni i przemycę trochę jedzenia do mojego przedziału? Zerknęłam nerwowo za siebie i pośpiesznie otworzyłam drzwi magazynku. Wyglądało na to, że nikogo tu nie było. Szłam dalej wzdłuż półek, które były przepełnione dużą ilością nieapetycznie wyglądających puszek z warzywami. Moją uwagę przykuł cały stosik dobrze przypieczonych kurczaków. Spakowałam kilka do torby biorąc do tego jeszcze dwie butelki z wodą i uciekłam z pomieszczenia. Przechodząc obok jadalni usłyszałam całą kakofonię dźwięków. Śmiechy, szepty, krzyki... Przystanęłam na chwilę.
Nie, nie miałam najmniejszego zamiaru się socjalizować - pomyślałam i poszłam dalej w kierunku swojego przytulnego przedziału.
Weszłam do pokoju, rzuciłam się na łóżko i wyjęłam z torby ukradzioną zdobycz. Po zjedzeniu wzięłam kilka łyków wody i podeszłam do okna. Moje myśli biegły teraz tak szybko, jak krajobraz za szybą.
Czy mama będzie potrafiła poradzić sobie beze mnie? Na szczęście jest jeszcze Grenn, on zawsze pomógłby mi i mojej rodzinie. Grenn... Ciekawe co chciał mi wczoraj powiedzieć. Cóż, nie wiem i zapewne nigdy się nie dowiem. Niespełna rok temu znaleźliśmy siebie po tym jak nas wywieźli, a teraz znowu zostajemy rozdzieleni.
Nagle wspomnienia zaczęły przedzierać się przez każdy zakątek mojej świadomości. Teraz przeszywały mnie całą. Dokładnie pamiętam ten dzień.
Był wtedy jeden z tych przyjemniejszych chłodnych letnich popołudni. Wybrałam się do lasu. Zapuściłam się trochę dalej niż zwykle i przez dłuższy czas krążyłam wokół tego samego miejsca, zastanawiając się którą drogę wybrać. Kiedy zaczęłam iść, nieoczekiwanie z za drzewa wyłonił się wysoki chłopak. Zaskoczył mnie, tak samo jak ja jego. Pierwszy raz zdarzyło mi się zobaczyć w lesie obcego człowieka. Nie mogłam dostrzec jego twarzy, bo włosy lekko zasłaniały mu oczy, a poza tym był oddalony jakieś piętnaście metrów ode mnie.
- Kim jesteś? - spytał szorstko.
Oczywiście nic nie powiedziałam. Największą głupotą jest zdradzać swoją tożsamość obcemu chłopakowi, na dodatek w lesie.
- A kim ty jesteś? Lepiej powiedz mi czego tu szukasz. - powiedziałam równie stanowczo.
Staliśmy tak przez dłuższy czas mierząc do siebie łukami. Zaczął się we mnie dokładniej wpatrywać. Z jego czoła odsunął się kosmyk włosów i wtedy zobaczyłam jego oczy.
- Grenn?
Na dźwięk mojego głosu nagle się poruszył. Podszedł trochę bliżej.
- Dera? - powiedział już całkowicie innym tonem.
Rzuciłam się na niego zahaczając przy tym o pień i po chwili oboje leżeliśmy na mokrej od szosy trawie.
- Tak strasznie się zmieniłaś... prawie cię nie poznałem. - zaczął gładzić moje włosy.
Właśnie wtedy uświadomiłam sobie jak strasznie czułam się samotna przez te cztery lata. Tamta chwila momentalnie zabrała ode mnie cały smutek, trzymany przez tyle czasu i wypełniła pustkę. Chciałam, żeby trwała ona wiecznie.
Po moich policzkach zaczęły po kolei spływać łzy, jedna za drugą. Przestań, znowu to robisz, skarciłam siebie.
Pociąg nagle się zatrzymał. Już miałam wyjść na korytarz, kiedy głośny metaliczny głos zadudnił oznajmiając, że dotarliśmy do W, o mało nie przyprawiając mnie przy tym o zawał.
No, pięknie.
Umyłam twarz, przeczesałam włosy i szybko dopakowałam część rzeczy. Wychodząc na korytarz o mało się nie przewróciłam, kiedy kilka osób na mnie wpadło. W całym pociągu panował jeden wielki chaos. Najwidoczniej tylko ja stałam spokojnie i patrzyłam na cały ten obłęd, podczas gdy ludzie biegali jak opętani.
W jakiś sposób udało mi się wyjść na zewnątrz. Niestety nie nacieszyłam się długo wolnością, bo od razu podbiegł do mnie jeden ze strażników. Na oko miał dwadzieścia-kilka lat. Nie sposób było też nie zauważyć jego granatowych włosów. Przypatrywał mi się zagadkowo i uśmiechał się lekko.
- Uciekasz?
- No pewnie, cała wioska otoczona górami, ale warunki na ucieczkę i tak niezłe. Przy odrobinie szczęścia może oszczędzi mnie garstka wygłodzonych niedźwiedzi. - wypaliłam.
Nagle jego uśmiech zszedł.
- Nie pogrywaj sobie ze mną. Skoro już tak bardzo ci się śpieszy, to mogę od razu zaprowadzić cię do Ośrodka Szkoleniowego. - odgryzł się.
- Czy podczas ceremonii nie nadmieniliście, że najpierw mamy szkolić się u rodzin? - zapytałam spokojnie.
- Widzisz tę kobietę? - pokazał palcem - Idź do niej po kartkę. - To było ostatnie zdanie, które do mnie wypowiedział. Już miałam spytać się o co chodzi, ale dziwny facet o granatowych włosach już odszedł.
Rozejrzałam się po otoczeniu i w końcu zauważyłam kobietę w ciemnoczerwonych włosach upiętych w kok rozdającą kartki. Widać, że była w swoim żywiole, przyprowadzając wszystkich do porządku.
Grzecznie ustawiłam się w kolejce wraz z innymi i zaczęłam czekać. Kiedy większa grupa osób już odeszła, kobieta podeszła do mnie z naczyniem, w którym znajdowały się małe karteczki.
- Nie bój się. To, co musisz zrobić, to tylko wylosować i przeczytać nazwisko rodziny do której masz zostać przydzielona. - powiedziała do mnie z przesadnie miłym uśmiechem.
Popatrzyłam chwilę na niepozorne naczynie, które teraz miało zadecydować o moim losie, po czym włożyłam rękę i wyjęłam papierek. Odeszłam kawałek na bok, po czym przeczytałam - "Rockwood".
Nie brzmi groźnie, ale zachęcająco też nie.
- Rekrucie X!
Odwróciłam się. W moją stronę szedł chłopak mniej więcej w moim wieku. Miał na sobie biały, lekko już znoszony za duży na niego mundur. Popatrzył się na mnie, po czym skinął na kartkę. Podałam mu ją niepewnie.
Chłopak miał ciemne blond włosy i zielonkawe oczy. Wyglądał zupełnie inaczej niż reszta tej bezwzględnej niehumanitarnej eskorty. Przypatrywałam mu się uważnie, kiedy czytał tekst.
- Nie ma czasu do stracenia, chodźmy. - powiedział po chwili, nadal trzymając w ręku kartkę.
- Nie za młody na strażnika?
Spojrzał na mnie. W jego oczach nie było ani krzty nienawiści, jak u większości tych brutali, z którymi niestety miałam do czynienia. Zdziwiło mnie to, że patrzyły one na mnie tak łagodnie, nawet trochę współczująco.
- Nigdy nie wiesz, jaki los może cię spotkać. - rzekł tylko tyle, po czym poszedł przed siebie. Stałam przez chwilę trawiąc jego słowa. Nie miałam wyboru, musiałam za nim iść.
Przez dłuższy czas szliśmy w milczeniu. Robiło się coraz ciemniej, a my nadal przemierzaliśmy nieznane mi góry, doliny i lasy. Zastanawiałam się, czy mu nie uciec, ale to by było trochę lekkomyślne z mojej strony. Prędzej czy później i tak ktoś wysłałby po mnie jakąś brygadę ścigającą, a poza tym nie chcę myśleć jakie konsekwencje bym wtedy poniosła...
- Już blisko. - powiedział nagle.
Nie miałam pojęcia czy ta wiadomość przyniosła mi ulgę, czy jeszcze bardziej utwierdziła mnie w strachu. Rozejrzałam się trochę. Teraz przemierzaliśmy gęstwiny jakiegoś dzikiego lasu. Było już tak ciemno, że prawie nie widziałam czubków swoich butów. Nie wiem czy to była tylko moja wyobraźnia, ale usłyszałam że coś szeleści w krzakach. Instynktownie się odwróciłam. Na szczęście to był tylko mały szop, który widząc mnie powrócił do swojej kiepskiej kryjówki.
Już miałam iść, kiedy zorientowałam się że coś tu nie gra. Chwila...
Stałam całkiem sama w obcym nieprzyjaznym lesie, na dodatek w nocy. Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu tajemniczego chłopaka, ale na próżno. Usiadłam na ziemi i zaczęłam zastanawiać się co zrobić. Zostawił mnie? Dlaczego? Może wykorzystał sytuację, tym samym dając mi szansę na ucieczkę? Jednak to by było bez sensu, przecież miałby wtedy na prawdę poważne kłopoty.
Nagle usłyszałam obok siebie głośny szept.
- Zabij mnie.
Raptownie wstałam i zobaczyłam blondyna stojącego nade mną z wyciągniętą ku mnie bronią.
Przez dłuższy czas stałam sztywno wpatrując się w jego zielone przenikliwe oczy. Nie byłam w stanie wykrztusić z siebie czegokolwiek. Podczas gdy ja trwałam w swojej niemożności ruchów, chłopak podszedł do mnie i wcisnął mi do ręki pistolet.
- Proszę cię... zabij mnie. - powtórzył patrząc mi prosto w oczy.
Kompletnie zaniemówiłam. Byłam zdolna tylko do szybkiego kręcenia głową na znak protestu.
- Skoro nie chcesz, to sam to zrobię - próbował odzyskać swoją broń, ale ja go odepchnęłam.
- Stój! - krzyknęłam otrząsając się. - Dlaczego chcesz zrobić sobie tak okropną rzecz?
- Okropną? Doprawdy... okropną? Spójrz na to jak żyjemy! Moje życie tutaj jest już bardziej okropne niż sama śmierć! Wcale nie prosiłem się o taki los! - wyrzucił z siebie.
- Nikt z nas nie prosił. - stanęłam do niego bokiem.
Podniosłam głowę i spojrzałam w mroczne bezchmurne niebo.
- Daję ci wolny wybór. - rzuciłam pistolet w jego kierunku. - ale pamiętaj, istnieją jeszcze na tym świecie rzeczy, o które trzeba walczyć.
Posłałam mu ostatnie spojrzenie, po czym odwróciłam się.
- Tylko od ciebie zależy co z tym zrobisz. - dodałam.
Zaczęłam iść przed siebie. Czułam na sobie zdumiony wzrok chłopaka.
Zielony mech...Widok drzew... Mój umysł przywoływał różne obrazy.
Przestań, pomyślałam. Przekręciłam klamkę najciszej jak umiałam i wyszłam z mojej małej ciasnej klitki, bo inaczej nie można tego było nazwać. Na prawdę, nawet najbardziej obskurny motelowy pokój mógłby wyglądać przy niej na jakieś pięć rang wyżej.
Szłam wzdłuż korytarza i już miałam skręcić, kiedy do głowy przyszła mi pewna myśl. Może zakradnę się do kuchni i przemycę trochę jedzenia do mojego przedziału? Zerknęłam nerwowo za siebie i pośpiesznie otworzyłam drzwi magazynku. Wyglądało na to, że nikogo tu nie było. Szłam dalej wzdłuż półek, które były przepełnione dużą ilością nieapetycznie wyglądających puszek z warzywami. Moją uwagę przykuł cały stosik dobrze przypieczonych kurczaków. Spakowałam kilka do torby biorąc do tego jeszcze dwie butelki z wodą i uciekłam z pomieszczenia. Przechodząc obok jadalni usłyszałam całą kakofonię dźwięków. Śmiechy, szepty, krzyki... Przystanęłam na chwilę.
Nie, nie miałam najmniejszego zamiaru się socjalizować - pomyślałam i poszłam dalej w kierunku swojego przytulnego przedziału.
Weszłam do pokoju, rzuciłam się na łóżko i wyjęłam z torby ukradzioną zdobycz. Po zjedzeniu wzięłam kilka łyków wody i podeszłam do okna. Moje myśli biegły teraz tak szybko, jak krajobraz za szybą.
Czy mama będzie potrafiła poradzić sobie beze mnie? Na szczęście jest jeszcze Grenn, on zawsze pomógłby mi i mojej rodzinie. Grenn... Ciekawe co chciał mi wczoraj powiedzieć. Cóż, nie wiem i zapewne nigdy się nie dowiem. Niespełna rok temu znaleźliśmy siebie po tym jak nas wywieźli, a teraz znowu zostajemy rozdzieleni.
Nagle wspomnienia zaczęły przedzierać się przez każdy zakątek mojej świadomości. Teraz przeszywały mnie całą. Dokładnie pamiętam ten dzień.
Był wtedy jeden z tych przyjemniejszych chłodnych letnich popołudni. Wybrałam się do lasu. Zapuściłam się trochę dalej niż zwykle i przez dłuższy czas krążyłam wokół tego samego miejsca, zastanawiając się którą drogę wybrać. Kiedy zaczęłam iść, nieoczekiwanie z za drzewa wyłonił się wysoki chłopak. Zaskoczył mnie, tak samo jak ja jego. Pierwszy raz zdarzyło mi się zobaczyć w lesie obcego człowieka. Nie mogłam dostrzec jego twarzy, bo włosy lekko zasłaniały mu oczy, a poza tym był oddalony jakieś piętnaście metrów ode mnie.
- Kim jesteś? - spytał szorstko.
Oczywiście nic nie powiedziałam. Największą głupotą jest zdradzać swoją tożsamość obcemu chłopakowi, na dodatek w lesie.
- A kim ty jesteś? Lepiej powiedz mi czego tu szukasz. - powiedziałam równie stanowczo.
Staliśmy tak przez dłuższy czas mierząc do siebie łukami. Zaczął się we mnie dokładniej wpatrywać. Z jego czoła odsunął się kosmyk włosów i wtedy zobaczyłam jego oczy.
- Grenn?
Na dźwięk mojego głosu nagle się poruszył. Podszedł trochę bliżej.
- Dera? - powiedział już całkowicie innym tonem.
Rzuciłam się na niego zahaczając przy tym o pień i po chwili oboje leżeliśmy na mokrej od szosy trawie.
- Tak strasznie się zmieniłaś... prawie cię nie poznałem. - zaczął gładzić moje włosy.
Właśnie wtedy uświadomiłam sobie jak strasznie czułam się samotna przez te cztery lata. Tamta chwila momentalnie zabrała ode mnie cały smutek, trzymany przez tyle czasu i wypełniła pustkę. Chciałam, żeby trwała ona wiecznie.
Po moich policzkach zaczęły po kolei spływać łzy, jedna za drugą. Przestań, znowu to robisz, skarciłam siebie.
Pociąg nagle się zatrzymał. Już miałam wyjść na korytarz, kiedy głośny metaliczny głos zadudnił oznajmiając, że dotarliśmy do W, o mało nie przyprawiając mnie przy tym o zawał.
No, pięknie.
Umyłam twarz, przeczesałam włosy i szybko dopakowałam część rzeczy. Wychodząc na korytarz o mało się nie przewróciłam, kiedy kilka osób na mnie wpadło. W całym pociągu panował jeden wielki chaos. Najwidoczniej tylko ja stałam spokojnie i patrzyłam na cały ten obłęd, podczas gdy ludzie biegali jak opętani.
W jakiś sposób udało mi się wyjść na zewnątrz. Niestety nie nacieszyłam się długo wolnością, bo od razu podbiegł do mnie jeden ze strażników. Na oko miał dwadzieścia-kilka lat. Nie sposób było też nie zauważyć jego granatowych włosów. Przypatrywał mi się zagadkowo i uśmiechał się lekko.
- Uciekasz?
- No pewnie, cała wioska otoczona górami, ale warunki na ucieczkę i tak niezłe. Przy odrobinie szczęścia może oszczędzi mnie garstka wygłodzonych niedźwiedzi. - wypaliłam.
Nagle jego uśmiech zszedł.
- Nie pogrywaj sobie ze mną. Skoro już tak bardzo ci się śpieszy, to mogę od razu zaprowadzić cię do Ośrodka Szkoleniowego. - odgryzł się.
- Czy podczas ceremonii nie nadmieniliście, że najpierw mamy szkolić się u rodzin? - zapytałam spokojnie.
- Widzisz tę kobietę? - pokazał palcem - Idź do niej po kartkę. - To było ostatnie zdanie, które do mnie wypowiedział. Już miałam spytać się o co chodzi, ale dziwny facet o granatowych włosach już odszedł.
Rozejrzałam się po otoczeniu i w końcu zauważyłam kobietę w ciemnoczerwonych włosach upiętych w kok rozdającą kartki. Widać, że była w swoim żywiole, przyprowadzając wszystkich do porządku.
Grzecznie ustawiłam się w kolejce wraz z innymi i zaczęłam czekać. Kiedy większa grupa osób już odeszła, kobieta podeszła do mnie z naczyniem, w którym znajdowały się małe karteczki.
- Nie bój się. To, co musisz zrobić, to tylko wylosować i przeczytać nazwisko rodziny do której masz zostać przydzielona. - powiedziała do mnie z przesadnie miłym uśmiechem.
Popatrzyłam chwilę na niepozorne naczynie, które teraz miało zadecydować o moim losie, po czym włożyłam rękę i wyjęłam papierek. Odeszłam kawałek na bok, po czym przeczytałam - "Rockwood".
Nie brzmi groźnie, ale zachęcająco też nie.
- Rekrucie X!
Odwróciłam się. W moją stronę szedł chłopak mniej więcej w moim wieku. Miał na sobie biały, lekko już znoszony za duży na niego mundur. Popatrzył się na mnie, po czym skinął na kartkę. Podałam mu ją niepewnie.
Chłopak miał ciemne blond włosy i zielonkawe oczy. Wyglądał zupełnie inaczej niż reszta tej bezwzględnej niehumanitarnej eskorty. Przypatrywałam mu się uważnie, kiedy czytał tekst.
- Nie ma czasu do stracenia, chodźmy. - powiedział po chwili, nadal trzymając w ręku kartkę.
- Nie za młody na strażnika?
Spojrzał na mnie. W jego oczach nie było ani krzty nienawiści, jak u większości tych brutali, z którymi niestety miałam do czynienia. Zdziwiło mnie to, że patrzyły one na mnie tak łagodnie, nawet trochę współczująco.
- Nigdy nie wiesz, jaki los może cię spotkać. - rzekł tylko tyle, po czym poszedł przed siebie. Stałam przez chwilę trawiąc jego słowa. Nie miałam wyboru, musiałam za nim iść.
Przez dłuższy czas szliśmy w milczeniu. Robiło się coraz ciemniej, a my nadal przemierzaliśmy nieznane mi góry, doliny i lasy. Zastanawiałam się, czy mu nie uciec, ale to by było trochę lekkomyślne z mojej strony. Prędzej czy później i tak ktoś wysłałby po mnie jakąś brygadę ścigającą, a poza tym nie chcę myśleć jakie konsekwencje bym wtedy poniosła...
- Już blisko. - powiedział nagle.
Nie miałam pojęcia czy ta wiadomość przyniosła mi ulgę, czy jeszcze bardziej utwierdziła mnie w strachu. Rozejrzałam się trochę. Teraz przemierzaliśmy gęstwiny jakiegoś dzikiego lasu. Było już tak ciemno, że prawie nie widziałam czubków swoich butów. Nie wiem czy to była tylko moja wyobraźnia, ale usłyszałam że coś szeleści w krzakach. Instynktownie się odwróciłam. Na szczęście to był tylko mały szop, który widząc mnie powrócił do swojej kiepskiej kryjówki.
Już miałam iść, kiedy zorientowałam się że coś tu nie gra. Chwila...
Stałam całkiem sama w obcym nieprzyjaznym lesie, na dodatek w nocy. Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu tajemniczego chłopaka, ale na próżno. Usiadłam na ziemi i zaczęłam zastanawiać się co zrobić. Zostawił mnie? Dlaczego? Może wykorzystał sytuację, tym samym dając mi szansę na ucieczkę? Jednak to by było bez sensu, przecież miałby wtedy na prawdę poważne kłopoty.
Nagle usłyszałam obok siebie głośny szept.
- Zabij mnie.
Raptownie wstałam i zobaczyłam blondyna stojącego nade mną z wyciągniętą ku mnie bronią.
Przez dłuższy czas stałam sztywno wpatrując się w jego zielone przenikliwe oczy. Nie byłam w stanie wykrztusić z siebie czegokolwiek. Podczas gdy ja trwałam w swojej niemożności ruchów, chłopak podszedł do mnie i wcisnął mi do ręki pistolet.
- Proszę cię... zabij mnie. - powtórzył patrząc mi prosto w oczy.
Kompletnie zaniemówiłam. Byłam zdolna tylko do szybkiego kręcenia głową na znak protestu.
- Skoro nie chcesz, to sam to zrobię - próbował odzyskać swoją broń, ale ja go odepchnęłam.
- Stój! - krzyknęłam otrząsając się. - Dlaczego chcesz zrobić sobie tak okropną rzecz?
- Okropną? Doprawdy... okropną? Spójrz na to jak żyjemy! Moje życie tutaj jest już bardziej okropne niż sama śmierć! Wcale nie prosiłem się o taki los! - wyrzucił z siebie.
- Nikt z nas nie prosił. - stanęłam do niego bokiem.
Podniosłam głowę i spojrzałam w mroczne bezchmurne niebo.
- Daję ci wolny wybór. - rzuciłam pistolet w jego kierunku. - ale pamiętaj, istnieją jeszcze na tym świecie rzeczy, o które trzeba walczyć.
Posłałam mu ostatnie spojrzenie, po czym odwróciłam się.
- Tylko od ciebie zależy co z tym zrobisz. - dodałam.
Zaczęłam iść przed siebie. Czułam na sobie zdumiony wzrok chłopaka.
niedziela, 27 lipca 2014
Rozdział II
Poranek był chłodny. Wstałam, ubrałam się, wzięłam łuk i skórzany plecak i wyszłam z domu. Kiedy znalazłam się na drodze, wiejskie psy podbiegły do mnie i mnie przywitały. Zatrzymałam się i pogłaskałam każdego z nich, po czym poszłam dalej wąską drogą. Idąc cały czas prosto znalazłoby się w końcu na targowisku, natomiast na końcu przeciwnej strony ścieżki dotarłoby się do muru. Kwestia piętnastu minut drogi. Wioska przypomina trochę więzienie albo jakiś średniowieczny gród.
Odbiłam w bok kierując się w stronę lasu. Las znajdował się w zachodniej części Gradheim. Wiedziałam, że skrywa w sobie wiele tajemnic. Znałam jedynie małą część tego wielkiego buszu.
Przeskoczyłam przez mur.
Zapach lasu działał na mnie kojąco. Szłam pewnym krokiem czując, jak czyste powietrze dostaje się do moich płuc. Zastanawiałam się, czy spotkam tu gdzieś Grenna.
*
Odbiłam w bok kierując się w stronę lasu. Las znajdował się w zachodniej części Gradheim. Wiedziałam, że skrywa w sobie wiele tajemnic. Znałam jedynie małą część tego wielkiego buszu.
Przeskoczyłam przez mur.
Zapach lasu działał na mnie kojąco. Szłam pewnym krokiem czując, jak czyste powietrze dostaje się do moich płuc. Zastanawiałam się, czy spotkam tu gdzieś Grenna.
*
Dopiero pokilku godzinach udało mi się coś upolować. Na prawym ramieniu niosłam królika, na lewym miałam zawieszony łuk. Wychodząc z lasu spakowałam zwierzynę do plecaka.
Wczoraj P włożyła mi kartkę do skrzynki, w której napisała, że dzisiaj koniecznie chce się ze mną spotkać. Zaczęłam kierować się w stronę jej domu. Mieszkała daleko od targu. Nie było tam żadnych zwierząt, gdyż jej rodzina zajmowała się krawiectwem. Po jakichś trzydziestu minutach dostrzegłam znajomy widok trzech domków i tartaku znajdującego się obok nich. Jej domem była prosta ceglana chata ze słomianym dachem.
Wczoraj P włożyła mi kartkę do skrzynki, w której napisała, że dzisiaj koniecznie chce się ze mną spotkać. Zaczęłam kierować się w stronę jej domu. Mieszkała daleko od targu. Nie było tam żadnych zwierząt, gdyż jej rodzina zajmowała się krawiectwem. Po jakichś trzydziestu minutach dostrzegłam znajomy widok trzech domków i tartaku znajdującego się obok nich. Jej domem była prosta ceglana chata ze słomianym dachem.
Zapukałam i po jakimś czasie drzwi się otworzyły.
- Hej, szybko przyszłaś. Wejdź. - powiedziała cichym głosem.
P to drobna dziewczyna w moim wieku. Czasem przynoszę jej mięso, a ona odwdzięcza się dając mi ubrania, które sama uszyła. Znamy się cztery lata. Nie chodzi do szkoły, uczy się prywatnie. Na targu też jej nigdy nie widuję. Z tego, co zdążyłam zauważyć, jest nieśmiałą osobą i prawie z nikim nie rozmawia... czasami się zastanawiam, czy nie ma przypadkiem fobii społecznej. Mimo to, wydaje się być bardzo miłą i szczerą osobą.
Na prawdę zszokowało mnie jej nagłe zaproszenie. Weszłam do środka. Biedą nie grzeszyło, ale widać było, że jej rodzina w luksusach też się nie obracała.
- Usiądź, proszę. - wskazała na krzesło.
Usiadłam i już miałam się jej spytać o co chodzi, kiedy nagle mi przerwała.
- Rano był tutaj mój tata.
Jej tata jest strażnikiem.
- Powiedział mi, że rano przyjechali tutaj ludzie z Kastargradu...
Ludzie z Kastargradu? Nigdy nie przyjeżdżają z błahych powodów. Jeśli już się zjawiają, to znaczy że sytuacja jest konkretna.
Ludzie z Kastargradu? Nigdy nie przyjeżdżają z błahych powodów. Jeśli już się zjawiają, to znaczy że sytuacja jest konkretna.
- Potrzebują nowych rekrutów do pilnowania porządku. - kontynuowała - Większość warowników odeszła, nie wiadomo dlaczego, dlatego teraz domagają się o nabór przynajmniej dziesięciu osób z każdej wioski. Dokładnie za piętnaście minut ma się odbyć ceremonia. Wylosowane osoby odjadą pociągiem do W, gdzie zostaną przydzieleni do rodzin, które mają ich tymczasowo wziąć pod opiekę i wyszkolić.
Nie przypadkowo zostaną odesłane właśnie tam. W końcu z W pochodzi najwięcej strażników. Od zawsze trzymali z Kastargradem...
- Co to ma być? Jakieś cholerne szkolenie w postaci niewolniczej partaniny? - wypaliłam.
- Na to wygląda. - Dopiero teraz P spojrzała mi prosto w oczy. Zazwyczaj gdy z nią rozmawiam, gapi się w ziemię.
- W takim razie lepiej się pospieszmy.
Wyszłyśmy na zewnątrz. Po chwili biegłyśmy już w stronę placu.
Pusta łąka zaczęła powoli zanikać, a na drodze pojawiało się coraz więcej domków. Ludzie wychodzili i rozmawiali ze sobą, widocznie dowiedzieli się już o wszystkim. Niespokojnie szepczące tłumy wlokły się po szarym asfaltowym bruku nadając nieco melancholijnego nastroju. Ich szepty stawały się coraz głośniejsze, przez co nie mogłam zebrać swoich myśli.
Dotarłyśmy na plac. Na przeciwko nas stali ludzie ubrani w białe mundury.
- Spójrz w górę. - szepnęła P.
Na nieboskłonie pojawiły helikoptery. Nagle jeden ze strażników zaczął mówić przez megafon.
- Zapewne wszyscy wiecie, dlaczego tu jesteście. - zaczął strażnik - Potrzebujemy dziesięciu młodych ludzi w wieku, zdolnych do pełnienia ważnej roli, jaką jest egzekwowanie prawa.
Od razu przeszedł do sedna.
- Nazwiska zostały już wylosowane, mam je tutaj. - pokazał mały skrawek papieru - Wyczytane osoby staną po mojej lewej, gdzie zostaną oznakowane w postaci czarnych przepasek na rękaw.
Na twarzach wszystkich mieszkańców malował się niepokój. Mężczyzna przeczesał machinalnie włosy, po czym spojrzał na kartkę. Wstrzymałam oddech.
- Anderson. - padło pierwsze nazwisko.
Wysoki śniady chłopak o ciemnobrązowych włosach wyszedł na środek. Zauważyłam jak dwóch pozostałych warowników zakłada mu przepaskę. Na jego twarzy pojawiła się mieszanka zaskoczenia, strachu i determinacji. Próbował udawać twardego.
- . - Niska rudowłosa dziewczyna o jasnej cerze pewnym krokiem przeszła na prawą stronę. Bardzo dobrze potrafiła chować swoje emocje, bo jej twarz zdawała się być kamienna.
- Dawson... Lynwood... - zaczęły padać po kolei nazwiska.
Czekałam tylko na to, aż to wszystko się skończy. Zacisnęłam pięści. P spojrzała na mnie pokrzepiająco. Wiatr zaczął wiać coraz mocniej, przez co poczułam na twarzy nieprzyjemny chłód.
- Tormen.
Z tłumu wyłonił się chłopak o czarnych jak smoła włosach, który po chwili dołączył do pozostałych. Kiedy zakładano mu opaskę głowę miał schyloną w dół, jednak stał stabilnie. Podniósł głowę. Ostatnie co widziałam, to jego spojrzenie skierowane w moją stronę. Poczułam ucisk w gardle.
*
W głowie jeszcze dźwięczało mi ostatnie nazwisko. Głośny uporczywy ton rozchodził się po całej mojej czaszce. Grenn. Dlaczego to musiał być akurat on?
Przepychałam się wśród tłumu nic nie znaczących dla mnie ludzi. W tej chwili nienawidziłam wszystkiego i wszystkich. Tysiące ślepi wpatrywało się we mnie, a ja nadal biegłam w przeciwną stronę. W moim wnętrzu teraz wirowało tornado niemożliwych w tej chwili do okiełznania emocji. Biegłam cały czas, dopóki nie znalazłam się pod drucianą siatką, przez którą przeszłam. Nawet znalezienie się wśród drzew nie dawało mi spokoju, wręcz przeciwnie, zaczęłam krzyczeć na każdą roślinę którą po drodze napotkałam. Usiadłam na gałęzi pobliskiego dębu. Czułam się tak potwornie, że nawet nie byłam w stanie płakać. Wypełniało mnie teraz dziwne, ale dobrze znane mi uczucie... dlaczego tak jest, że jednego dnia szczęście przepełnia całe twoje ciało, a drugiego cały twój świat legnie w gruzach? Od urodzenia stawiałam sobie ciągle to samo pytanie.
Dopiero po jakiejś godzinie postanowiłam wrócić do domu. Nie mogłam teraz zrobić nic głupiego, przecież mama się o mnie cały czas martwi.
Droga wydawała się znacznie dłuższa niż naprawdę była. Szybko zrobiło się ciemno. Nawet mały łaciaty pies, który często tędy przebiegał teraz stał się nieznośny. W oddali już widać było mój dom, w którym paliły się światła. Przeszłam przez próg drzwi i zaskoczyło mnie to, co zobaczyłam.
Dwóch mężczyzn ubranych w białe mundury wpatrywało się we mnie. Mama siedziała przy stole ze zrezygnowaną miną.
Jakby mi było mało niespodzianek, pomyślałam.
- O co... - już miałam zapytać, kiedy jeden z nich mi przerwał.
- Dostaliśmy zlecenie, żeby poinformować cię o zaistniałej sytuacji.
Co to miało znaczyć?
- Niestety, zaszła pomyłka. Statystyki pokazują, że osoby wylosowane podczas dzisiejszej ceremonii to sześć mężczyzn oraz cztery kobiety. Niedawno dostaliśmy telefon od prezydenta, że mają być one wyrównane.
- I co to ma wspólnego ze mną? - wypaliłam nie zastanawiając się.
- Pojedziesz zamiast Tormena. Spakuj ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy, za godzinę odjeżdża pociąg.
Miałam totalny mętlik w głowie. Nie, tego działo się zbyt wiele.
- Radzę ci się pospieszyć. - ponaglił mnie warownik.
Spojrzałam kątem oka na mamę, jej smutne oczy wpatrywały się we mnie. To napełniło mnie jeszcze większym bólem.
Nie miałam wyboru, poszłam na górę i zaczęłam się pakować. Włożyłam do torby część moich swetrów i bluzek oraz płaszcz i kilka par spodni. Na wszelki wypadek wzięłam ze sobą starą pamiątkę od Grenna, na wszelki wypadek, gdybym miała już nigdy nie wrócić. Był to wisiorek z naszym zdjęciem w środku. Spojrzałam, pewnie już ostatni raz, na mój pokój i zeszłam na dół. Warownicy czekali na mnie w tym samym miejscu co wcześniej. Teraz czekało mnie najgorsze, czyli pożegnanie się z mamą. Podeszłam do niej. Nic nie powiedziała tylko mnie przytuliła.
**
Niedługo potem znajdowałam się w pociągu. Przydzielili mi jakiś ciasny pokój z małym oknem.
- Macie ostatnie dziesięć minut na spotkanie się z bliskimi. - zadudnił metaliczny głos.
Kolejna dawka bólu. Nie mogą najzwyczajniej w świecie już odjechać?
Ktoś chyba wszedł do pociągu, bo usłyszałam głośne trzaśnięcie drzwiami. Nagle do mojego przedziału wparował Grenn prawie je wyważając. Przez kilka sekund stał i patrzył się na mnie szybko oddychając.
- To ja powinienem pojechać.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, podbiegł do mnie i wziął mnie w ramiona.
- Wrócisz. - powiedział stanowczym tonem.
- Znasz mnie... przecież zawsze znajdę jakiś sposób. - wykrztusiłam z siebie, starając się nie uronić żadnej łzy. Chwilę później jedna kapnęła na jego koszulę. Staliśmy tak przytuleni cały czas.
Nieoczekiwanie do pokoju weszli warownicy
- Czas się skończył. - oznajmili krótko.
Teraz już tylko widziałam jak zabierają Grenna, który próbował im się wyrwać.
Wyszłyśmy na zewnątrz. Po chwili biegłyśmy już w stronę placu.
Pusta łąka zaczęła powoli zanikać, a na drodze pojawiało się coraz więcej domków. Ludzie wychodzili i rozmawiali ze sobą, widocznie dowiedzieli się już o wszystkim. Niespokojnie szepczące tłumy wlokły się po szarym asfaltowym bruku nadając nieco melancholijnego nastroju. Ich szepty stawały się coraz głośniejsze, przez co nie mogłam zebrać swoich myśli.
Dotarłyśmy na plac. Na przeciwko nas stali ludzie ubrani w białe mundury.
- Spójrz w górę. - szepnęła P.
Na nieboskłonie pojawiły helikoptery. Nagle jeden ze strażników zaczął mówić przez megafon.
- Zapewne wszyscy wiecie, dlaczego tu jesteście. - zaczął strażnik - Potrzebujemy dziesięciu młodych ludzi w wieku, zdolnych do pełnienia ważnej roli, jaką jest egzekwowanie prawa.
Od razu przeszedł do sedna.
- Nazwiska zostały już wylosowane, mam je tutaj. - pokazał mały skrawek papieru - Wyczytane osoby staną po mojej lewej, gdzie zostaną oznakowane w postaci czarnych przepasek na rękaw.
Na twarzach wszystkich mieszkańców malował się niepokój. Mężczyzna przeczesał machinalnie włosy, po czym spojrzał na kartkę. Wstrzymałam oddech.
- Anderson. - padło pierwsze nazwisko.
Wysoki śniady chłopak o ciemnobrązowych włosach wyszedł na środek. Zauważyłam jak dwóch pozostałych warowników zakłada mu przepaskę. Na jego twarzy pojawiła się mieszanka zaskoczenia, strachu i determinacji. Próbował udawać twardego.
- . - Niska rudowłosa dziewczyna o jasnej cerze pewnym krokiem przeszła na prawą stronę. Bardzo dobrze potrafiła chować swoje emocje, bo jej twarz zdawała się być kamienna.
- Dawson... Lynwood... - zaczęły padać po kolei nazwiska.
Czekałam tylko na to, aż to wszystko się skończy. Zacisnęłam pięści. P spojrzała na mnie pokrzepiająco. Wiatr zaczął wiać coraz mocniej, przez co poczułam na twarzy nieprzyjemny chłód.
- Tormen.
Z tłumu wyłonił się chłopak o czarnych jak smoła włosach, który po chwili dołączył do pozostałych. Kiedy zakładano mu opaskę głowę miał schyloną w dół, jednak stał stabilnie. Podniósł głowę. Ostatnie co widziałam, to jego spojrzenie skierowane w moją stronę. Poczułam ucisk w gardle.
*
W głowie jeszcze dźwięczało mi ostatnie nazwisko. Głośny uporczywy ton rozchodził się po całej mojej czaszce. Grenn. Dlaczego to musiał być akurat on?
Przepychałam się wśród tłumu nic nie znaczących dla mnie ludzi. W tej chwili nienawidziłam wszystkiego i wszystkich. Tysiące ślepi wpatrywało się we mnie, a ja nadal biegłam w przeciwną stronę. W moim wnętrzu teraz wirowało tornado niemożliwych w tej chwili do okiełznania emocji. Biegłam cały czas, dopóki nie znalazłam się pod drucianą siatką, przez którą przeszłam. Nawet znalezienie się wśród drzew nie dawało mi spokoju, wręcz przeciwnie, zaczęłam krzyczeć na każdą roślinę którą po drodze napotkałam. Usiadłam na gałęzi pobliskiego dębu. Czułam się tak potwornie, że nawet nie byłam w stanie płakać. Wypełniało mnie teraz dziwne, ale dobrze znane mi uczucie... dlaczego tak jest, że jednego dnia szczęście przepełnia całe twoje ciało, a drugiego cały twój świat legnie w gruzach? Od urodzenia stawiałam sobie ciągle to samo pytanie.
Dopiero po jakiejś godzinie postanowiłam wrócić do domu. Nie mogłam teraz zrobić nic głupiego, przecież mama się o mnie cały czas martwi.
Droga wydawała się znacznie dłuższa niż naprawdę była. Szybko zrobiło się ciemno. Nawet mały łaciaty pies, który często tędy przebiegał teraz stał się nieznośny. W oddali już widać było mój dom, w którym paliły się światła. Przeszłam przez próg drzwi i zaskoczyło mnie to, co zobaczyłam.
Dwóch mężczyzn ubranych w białe mundury wpatrywało się we mnie. Mama siedziała przy stole ze zrezygnowaną miną.
Jakby mi było mało niespodzianek, pomyślałam.
- O co... - już miałam zapytać, kiedy jeden z nich mi przerwał.
- Dostaliśmy zlecenie, żeby poinformować cię o zaistniałej sytuacji.
Co to miało znaczyć?
- Niestety, zaszła pomyłka. Statystyki pokazują, że osoby wylosowane podczas dzisiejszej ceremonii to sześć mężczyzn oraz cztery kobiety. Niedawno dostaliśmy telefon od prezydenta, że mają być one wyrównane.
- I co to ma wspólnego ze mną? - wypaliłam nie zastanawiając się.
- Pojedziesz zamiast Tormena. Spakuj ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy, za godzinę odjeżdża pociąg.
Miałam totalny mętlik w głowie. Nie, tego działo się zbyt wiele.
- Radzę ci się pospieszyć. - ponaglił mnie warownik.
Spojrzałam kątem oka na mamę, jej smutne oczy wpatrywały się we mnie. To napełniło mnie jeszcze większym bólem.
Nie miałam wyboru, poszłam na górę i zaczęłam się pakować. Włożyłam do torby część moich swetrów i bluzek oraz płaszcz i kilka par spodni. Na wszelki wypadek wzięłam ze sobą starą pamiątkę od Grenna, na wszelki wypadek, gdybym miała już nigdy nie wrócić. Był to wisiorek z naszym zdjęciem w środku. Spojrzałam, pewnie już ostatni raz, na mój pokój i zeszłam na dół. Warownicy czekali na mnie w tym samym miejscu co wcześniej. Teraz czekało mnie najgorsze, czyli pożegnanie się z mamą. Podeszłam do niej. Nic nie powiedziała tylko mnie przytuliła.
**
Niedługo potem znajdowałam się w pociągu. Przydzielili mi jakiś ciasny pokój z małym oknem.
- Macie ostatnie dziesięć minut na spotkanie się z bliskimi. - zadudnił metaliczny głos.
Kolejna dawka bólu. Nie mogą najzwyczajniej w świecie już odjechać?
Ktoś chyba wszedł do pociągu, bo usłyszałam głośne trzaśnięcie drzwiami. Nagle do mojego przedziału wparował Grenn prawie je wyważając. Przez kilka sekund stał i patrzył się na mnie szybko oddychając.
- To ja powinienem pojechać.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, podbiegł do mnie i wziął mnie w ramiona.
- Wrócisz. - powiedział stanowczym tonem.
- Znasz mnie... przecież zawsze znajdę jakiś sposób. - wykrztusiłam z siebie, starając się nie uronić żadnej łzy. Chwilę później jedna kapnęła na jego koszulę. Staliśmy tak przytuleni cały czas.
Nieoczekiwanie do pokoju weszli warownicy
- Czas się skończył. - oznajmili krótko.
Teraz już tylko widziałam jak zabierają Grenna, który próbował im się wyrwać.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)